Putinowskie jasełka – inspiracja

Pamiętacie te Putinowskie jasełka na Krymie? Ten musical ze swastyką? 

Już wiem, skąd inspiracja dla tego widowiska!

Komedia Producenci z 1968 roku. Bohaterowie planują przekręt i w tym celu organizują występ kabaretowy w tak złym guście, żeby na pewno skończył się klapą. Niestety plan nie wypala. (Swastyka pojawia się w 2:34).

W 2001 zrobiono z tego musical, a następnie w 2005 – filmową wersję musicalu. Ta sama scena z większym rozmachem (swastyka 6:50):

(Dzięki Jirme-Jahu.)

Uczymy prawdziwej matematyki?

Prawdziwej? Serio?

Wywiad z autorką matematycznej części rządowego podręcznika dla szkół podstawowych. Pomieszanie z poplątaniem. W części spraw panie dydaktyczki mają rację. Ale w innych…

Najpierw mówią, że matematyka powinna być bliżej życia. A potem…

Wprowadzamy elementy baśniowości, by dzieci poczuły, że matematyka może być pasjonująca, intrygująca (…) Ważna jest fabularyzacja. W czasie nauki będzie nam towarzyszyć roztargniona królewna, która ciągle czegoś zapomina, pojawi się syn Robin Hooda – Robcio.

Ratunku!

Nauka matematyki, żeby była zrozumiała dla wszystkich, musi pokazywać, do czego to wszystko przydaje się w realnym życiu. A nie opowiadać pierduły o królewnach.

Niedawno napisał do mnie znajomy, który przygotowuje materiały dydaktyczne z jednego działu matematyki dla gimnazjów. Rozsyłał ludziom próbki tych materiałów dla recenzji. I niestety. Były to opowiadania o królewnach. Dla gimnazjum!

Odpisałam, że ubajkowienie w niczym nie pomaga, tylko zaciemnia problem. Fabuła – nie, właściwie nawet nie fabuła; raczej: konkretny, nie skrótowy, ale i nie przegadany opis – musi dotyczyć konkretnego problemu z życia. Ubajkowienie uczniów uzdolnionych matematycznie zirytuje, natomiast humanistom – odwróci uwagę od istoty rzeczy, a w momencie, gdy w bajce wypłynie matematyczny konkret, to i tak się na nim zatną. Jedyny ratunek to użyciowienie. Precz z ubajkowieniem!


Komentarze
2015/01/02 22:42:01
Ani ubajkowienie, ani użyciowienie – chyba, że „użyciowieniem” miałyby być proste problemy geometryczne. Na poziomie podstawówki – bo o tym, zdaje się, mówimy – powinna wystarczać prostota, jasno przedstawiane reguły i przykłady, przykłady, przykłady. Oraz zasada, że nie można iść dalej z materiałem, dopóki wszyscy nie opanują tego, co było, przynajmniej w stopniu dostatecznym. To zapewne oznacza, że dość szybko potrzebna będzie praca indywidualna z uczniami bardziej i mniej „zdolnymi”, oraz idące za tym trudności organizacyjne. Cóż, pewnie tak. Ale ja nie o tym, tylko o uczeniu *prawdziwej* matematyki, która nie jest ani bajkowa, ani zbytnio życiowa, a jej główną cechą jest logiczna spójność i jasne zasady.
2015/01/02 22:55:35
Mówisz to jako osoba uzdolniona matematycznie, czyli już na starcie mająca skłonność do rzeczy spójnych logicznie i cechujących się prostymi zasadami. Ja potrafię się domyślić, co czują osoby nie posiadające tego typu uzdolnień. Gdy rozejrzeć się naokoło, widać, że masy ludzi w ogóle nie żywią żadnych pozytywnych uczuć do logiki i jasności zasad. Oni nie czują do tego fascynacji ani pociągu sami z siebie. Oni potrafią przeżyć całe życie, myśląc li tylko logiką rozmytą, metaforami i symbolami. Zbyt często bywa, że z opłakanym skutkiem, ale sami się nie domyślają, dlaczego. Takich ludzi trzeba dopiero przekonać, że logika i jasne zasady do czegoś się przydają.
2015/01/02 23:09:01
I żeby żaden humanista mi się tu nie obraził, jakobym dezawuowała myślenie logiką rozmytą, metaforami i symbolami: Nie. Myśleć logiką rozmytą, metaforami i symbolami można i przy wielu okazjach nawet trzeba. Ale nie zawsze! Bo stąd się biorą tysiące wkręconych w podejrzane inwestycje finansowe, nieprzemyślane kredyty, miliony nabranych na pozorne promocje wszelkich produktów, wreszcie – miliony nabrane przez dziennikarzy i polityków na „słupki” sondażowe. Są takie momenty, że człowiek nie myślący logicznie staje się jedną z masy bezbronnych ofiar drapieżnika, który umie myśleć logicznie (albo ma od tego ludzi, którym płaci). I niestety – ludzi nie mających naturalnej skłonności do logiki trzeba zachęcić przyziemnymi korzyściami płynącymi z używania jej.
2015/01/02 23:15:49
Mowa o podręczniku dla drugoklasistów = siedmiolatków. Jak miałyby dla nich wyglądać przykłady zastosowań matematyki w realnym życiu?
Realne życie siedmiolatka i siedmiolatki jest przepełnione bajkami.

Problemem ze słowem ‚ubajkowienie’ jest być może jego dwuznaczność. Może być ubajkowienie = ‚wiara w czary’ i od tego powinien się jeżyć włos, a może być ubajkowienie = ‚budowanie odwzorowania pomiędzy dwoma abstrakcyjnymi rzeczywistościami’ i to może być niezła zabawa.

Zobaczymy podręcznik, łatwiej będzie krytykować lub chwalić, bo diabeł tkwi w szczegółach wykonania.

2015/01/03 17:53:31
Anuszko, dlaczego przypomniało mi się jak porucznik Steven Hauk puszcza w radio polki uwielbiającym je żołnierzom? (Wskazówka dla bardzo młodych ludzi: Good Morning, Vietnam).
2015/01/03 21:40:45
Nie wiem o co chodzi. Nie oglądałam tego filmu.
2015/01/04 01:51:09
To da się odrobić. A warto 🙂
2015/01/05 10:54:39
” Bo stąd się biorą tysiące wkręconych w podejrzane inwestycje finansowe, nieprzemyślane kredyty, miliony nabranych na pozorne promocje wszelkich produktów”

Nie, nie z tego.
Podejmowanie nierozsądnych decycji finansowych nie jest związane z brakiem umiejętności matematycznych.

Problem z matematyka jest taki, że pomijając względnie nielicznych specjalistów, matematyka NIE jest specjalnie użyteczna w życiu. Wyższa niż poziom bardzo podstawowy do niczego nie jest użyteczna jak słusznie PFG zwraca uwagę.

Zwróć uwagę na ogromny rozkwit rynku szkół językowych – j. obcy jest użyteczny. Gdyby matematyka była użyteczna na podobnych poziomie i problem byłby w tym że matematyka jest kiepsko nauczana mielibyśmy podobną ilość szkół matematycznych. Tymczasem, cały istniejący rynek korepetycji nakierowany jest na rozwiązywanie sztucznego problemu „zaliczania” poszczególnych etapów edukacji.

2015/01/05 11:47:39
Nie zgadzam się. Ludzie po prostu nie widzą zbyt dalekich związków przyczynowo-skutkowych. Stąd też nie doceniają, w jaki sposób brak edukacji matematycznej sprzyja nierozsądnym decyzjom finansowym. Widzą tylko bliskie skutki, typu: nauczę się wypełniać test, dostanę papierek uprawniający mnie do wstępu na studia.
2015/01/05 12:58:45
Umiejętność odkładania gratyfikacji – o to jest cenne, ale nie ma związku z matematyką.
2015/01/05 13:13:30
Rzecz w tym że względna użyteczność technik matematycznych bardzo zmalała ponieważ okazały się one bardzo łatwe do zapakowania do urządzeń zewnętrznych, systemów wsparcia sprzedaży, analizy ryzyka, kas fiskalnych, mierników laserowych itp. itd.
2015/01/05 13:23:55
Wrócę tutaj do analogii językowej: solidne opanowanie pożądanego języka obcego daje samo w sobie przepustkę do może niezbyt ciekawej, ale stabilnej i przyzwoicie płatnej pracy.

Porównywalny wysiłek intelektualny wydatkowany na poznawanie matematyki, nie daje nic, co najwyżej można dawać, kiepsko płatne, korepetycje.
(stawka uznanego na rynku, dr matematyki, w Krakowie – 60 pln za godzine).

2015/01/05 21:16:47
@Red.Grzeg

Problem w tym, że nie wszystko da się przeliczyć na pieniądze i wywalić na zasadzie „nieużyteczne => nie rokuje na rynku pracy => nieopłacalne => wywalamy z programu”. Wiedza każdego ucznia powinna być możliwie wszechstronna – w ten sposób buduje się kompetencje kulturowo-cywilizacyjne całego społeczeństwa. Gdyby tak nie było, to w Niemczech nie uczono by dzieci grać na pianinie czy grać w szachy, nie byłoby też tam lekcji filozofii czy łaciny. Za Hitlera planowano zresztą uczyć Polaków tylko tabliczki mnożenia i podpisywania się na dokumentach – i wystarczy, plebs nie musi nic wiedzieć wiedzieć, bo i tak będzie przeznaczony do czyszczenia kanałów i słuchania panów.

A że w polskiej szkole uczono wszystkiego źle i w sposób nieinteresujący (przynajmniej za moich czasów), to już inna sprawa. Ale zamiast spróbować zwiększyć kompetencje nauczycieli, zainteresować uczniów wiedzą i przekazywać ją w sposób interesujący, zdecydowano się pójść na łatwiznę i po prostu okroić do granic możliwości program nauczania. Ciemnota nie musi dużo wiedzieć – wystarczy, że będzie umiała obsługiwać Excela i wypełnić PIT. Albo będziemy kształcić wszechstronnie, albo obudzimy się w społeczeństwie a’la USA, gdzie połowa uczniów nie potrafi pokazać własnego kraju na mapie, wierzy, że świat został stworzony w 6 dni i że ewolucja to lewacki mit, ogląda Fox TV i głosuje na Tea Party.

2015/01/06 10:06:55
„połowa uczniów nie potrafi pokazać własnego kraju na mapie, wierzy, że świat został stworzony w 6 dni i że ewolucja to lewacki mit, ogląda Fox TV i głosuje na Tea Party.”

Nic z powyższych nie ma nic wspólnego z matematyką.

Żeby to było jasne, bardzo chciałbym żyć w światłym społeczeństwie, które rozumie np. efekty uboczne rozmaitych ordynacji wyborczych, ale jak się zastanowić, do tego rzeczywiście wymagane jest bardzo niewiele ponad 4 podstawowe działania.

2015/01/06 10:18:05
manierę przedstawiania matematyki jako bajki ( „Na tronie wielkiego królestwa Rózniczkolandii zasiadał poczciwy król Tensor. Miał trzech synów, Gradienta, Dyvergenta i Rotatora…”) zapoczątkował o ile mnie pamięć nie myli Michał Szurek? Profesor UW o ile wiem. Tego typu historyjki pojawiały się w Młodym Techniku. Właściwie nigdy mi się nie podobały – chciałem sie czegoś dowiedzieć, a z tych banialuk nie wynikało dosłownie nic. No ale był to jakiś oryginalny pomysł, i zapewne okazja dorobienia sobie paru groszy dla pana profesora.
Niestety w dzisiejszych czasach upadku cywilizacyjnego kraju, kiedy odkąd ludzie prostaccy ( z pewnością większe prymitywy niż komunistyczni karierowicze, więc nie nazwę ich karierowiczami bo chodzi o jeszcze niższa cywilizacyjnie kategorię ludzi) zaczęli radzić krajem, niestety tego typu działania stały się normą. Prymityw bowiem nie jest w stanie przełknąć tezy ze matematyka, sztuka, teatr, poezja, literatura, są wartością same w sobie, i są częścią wychowania w kulturze, także narodowej, częścią bagażu cywilizacji, który pozwala promować postawy, kształcić charaktery, budzić aspiracje. Niestety – tego typu argumentacja nie pasuje do ideologii neoliberalizmu, a jego apologeci chcą po prostu jeść ośmiorniczki, pić kradzione winko za 8stówek i to jest cała ich życiowa motywacja. I taką starają się wpoić młodzieży. Nawet takie osoby jak Anuszka, czy PFG wpadają w tą poetykę, jakby nie rozumiały znaczenia prosty spraw: tego że od Sienkiewiczowego Kmicica uczymy sie podnoszenia z upadku, że od Borowskiego zaczynamy rozumieć ogrom zła, że od matematyki uczymy sie rzetelności i zdobywamy wiedzę że istnieją obiektywne zasady których nie da się ominąć „ustawą” albo groźbą, że uczenie sie fizyki wskazuje na ogrom i piękno świata i że są to rzeczy których trzeba dzieci uczyć by umiały podnosić się z upadków, rozumiały ogrom zła i były wobec siebie samych uczciwe. I aby dostrzegały piękno i ogrom świata a od życia oczekiwały czegoś więcej niż tylko więcej konsumpcji plastikowych miłości.
2015/01/06 21:01:20
@kakaz,
jeśli chcemy nauczyć X, to może prostu uczmy X?
2015/01/06 22:13:13
@RED.GRZEG – jak chcemy uczyć honoru uczmy honoru? Odyseusz by zrozumieć swoje miejsce w świecie odbył długoletnią podróż. Tylko człowiek głupi może chcieć wlecieć na Mt.Everest śmigłowcem sądząc że dokona tego samego co Hillary I Tenzing. Z samego Twojego pytania, wynika że nie rozumiesz na czym polega wychowanie dzieci.
2015/01/07 00:33:31
@kakaz,
No dokładnie, jak chcemy uczyć honoru to uczmy honoru.

Wiemy przecież co to jest i jak budować takie poczucia. Sienkiewicz i spółka do tego są całkowicie zbędni (podobnież jak matematyka).

2015/01/17 18:20:13
Zamiast iść w stronę bajki, autorzy powinni pójść w stronę reporterską, podając przykłady praktycznych błędów czy sukcesów związanych z matematyką. Na przykład mogliby opowiedzieć historię Szybowca z Gimli aby opisać przeliczanie jednostek (Szybowiec z Gimli to samolot pasażerski, któremu w trakcie lotu skończyło się paliwo i który musiał wylądować na nieużywanym pasie startowym lecąc do niego lotem ślizgowym, jak szybowce – przyczyną wszystkiego był błąd operatorów, którzy zamiast zatankować X kilogramów paliwa wlali X funtów). A przy liczeniu pól różnych figur mogą się posłużyć przykładem układania posadzki z kafelków, czy jakąś historyjką o błędzie przy wyznaczaniu działki. Procenty można ubarwić opowieścią o jakimś oszukańczym banku z lichwiarskimi pożyczkami na kilkadziesiąt procent miesięcznie. Do każdego działu można dobrać prawdziwą opowieść o ludziach, którzy mieli problem, który należało rozwiązać matematyką, i wtedy nie będą potrzebne żadne księżniczki czy smoki.
2015/01/18 08:31:52
@zaciekawiony,
bardzo bym docenił jakbyś podał przykład który można rozwiązać matematycznie.

Bo błąd funty/kilogramy to nie matematyka (i robią takie błędy nawet ludzie świetni matematycznie). Podobnie z procentami, kafelkami, itp. Albo bardzo prosta matematyka, albo nie od tego zależy.

Cały czas wracam do tego samego: bardzo trudno znaleźć niespecjalistyczny przykład życia codziennego w którym umiejętności matematyczne, wyższe niż połowa podstawówki się przydają.

Gość: ccccc, *.dynamic.gprs.plus.pl
2015/02/21 00:17:05
Już starożytni wiedzieli, że matematyka jest królową nauk, już to że dyskutujemy o tym czy jest ona potrzebna czy nie świadczy o upadku cywilizacji.
Gość: Doprawdy?, *.b-ras2.prp.dublin.eircom.net
2015/03/16 17:04:36
„Już starożytni wiedzieli, że matematyka jest królową nauk…” Nieprawda. W starożytnej Grece mathema oznacza mniej więcej ‚to, czego się uczy’, czyli prościej ‚nauka’. Zatem twierdzenie, że już starożytni wiedzieli, że nauka jest królową nauk podpada pod tautologię, od której zęby bolą. Powszechne dziś, czy potoczne rozumienie matematyki jako swoistego języka wyrażania wielkości i mnogości oraz zachodzących między nimi stosunków dających przedstawić się w sposób liczbowy to trochę późniejsze czasy. W średniowieczu termin ‚matematyk’ równoznaczy był z dzisiejszym ‚astrologiem’ lub ‚astronomem’…
2015/04/22 13:44:43
Nie uczmy dzieci matematyki tylko logicznego myślenia – nauka matematyki wtedy przyjdzie łatwiej.

Takich ludzi trzeba dopiero przekonać, że logika i jasne zasady do czegoś się przydają.
Nie przekona się, skoro na wcześniejszym etapie edukacji zostali przekonani, że się nie przydają.

To tak jak w tym żarcie:

Wiele razy wam mówiłam, że nie ma mniejszej i większej połowy – one obie są równe! Ale pewnie większa połowa klasy tego nie rozumie.

😀

2015/04/22 13:50:46
Mówisz to jako osoba uzdolniona matematycznie, czyli już na starcie mająca skłonność do rzeczy spójnych logicznie i cechujących się prostymi zasadami.
Nie ma czegoś takiego jak wrodzone uzdolnienia matematyczne. 😛 Skłonność ‚na starcie’ to po prostu skłonność wybrana dzieciom przez rodziców i nauczycieli na początku procesu edukacji.

Oni nie czują do tego fascynacji ani pociągu sami z siebie.
To działa tak – masz dziecko którego rodzice swoje decyzje wychowawcze tłumaczą nielogicznie i niespójnie. W dodatku, dostaje ono przekaz że dziecko myślące logicznie jest mniej cenione, oraz w praktyce społecznej słabiej sobie radzi niż to które intuicyjnie łapie inne metody rozumowania. Dlaczego miałoby więc ono po tym doświadczeniu chcieć włożyć wysiłek aby zrozumieć przedmioty ścisłe? Wloży tyle, żeby mieć 4 z matematyki, i mieć spokój – co się za tą wiedzą kryje z ulgą zapomni. Potem dowie się, że nie ma uzdolnień matematycznych, i nigdy nie miało, więc szkoda wysiłków aby nadrobić materiał.

2015/04/22 14:01:18
I jeszcze jeden stereotyp zauważyłam, który też mnie niepokoi. Mylenie matematyki, fizyki, chemii itd. w szkole z logiką. Otóż szkolna matematyka (i inne podobne) nie mają wiele wspólnego z jakąkolwiek logiką, tylko z czystą pamięciówką. ‚Logiczne’ zostają te dzieci, które lepiej zapamiętują informacje podane językiem podręcznika i nauczyciela. Te które mają słabszą zdolność koncentracji na wiedzy podanej w ten sposób, i przez to słabiej ją zapamiętują, zostają zakwalifikowane jako nielogiczne.

Przekonanie o logice lub jej braku jako trwałej cesze obosobości a nie tylko konkretnego ciągu rozumowania pozostaje na całe życie.

To co piszę opieram na swoim doświadczeniu jako korepetytorka. Większość definiujących się jako humanistycznych, nie rozumiejących matematyki uczniów, lepiej radziło sobie z tworzeniem logicznych ciągów myślenia i wnioskowania na codzień, niż ścisłowo uzdolnieni uczniowie, oraz pozostawali bardziej krytyczni wobec swoich pierwszych intuicji poza matematyką. Uczniowie przekonani o uzdolnieniu matematycznym byli natomiast znacznie mniej krytyczni wobec swojej wiedzy i przekonań, oraz programu nauczania przedstawianego im w szkole.

Problem jest w przenoszeniu nawyków myślenia z matematyki do codziennego życia. Uczniowie niematematyczni odnoszą swoje rozumowanie bezpośrednio do świata który ich otacza przez co w praktyce jest ono logiczniejsze, utwierdzają się więc w przekonaniu że zajmowanie się matematyką nie ma sensu.

Nowy portal „Nauka i religia”

Dziś otwarto nowy portal: naukaireligia.pl . Firmowany jest przez krakowskie Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych, organizację pod patronatem ks. Michała Hellera. Ciekawy projekt w czasach masowych polemik z ideą, jakoby w ogóle dało się pogodzić naukę i chrześcijaństwo, a w szczególności katolicyzm.

Teksty na tym portalu na pewno mogą skłonić do polemiki. Ale jego unikalność polega na tym, że stawia poprzeczkę wyżej, niż typowe obiekty internetowych polemik „z Kościołem”.

Powiedzmy sobie szczerze: Internetowi „racjonaliści” w ogromnej masie myślą, że dyskutują z katolicyzmem, a w rzeczywistości dyskutują z pieprzniętymi amerykańskimi protestantami. Takimi, co na przykład zaprzeczają teorii ewolucji. (Ileż razy robiłam w internecie za adwokata diabła i tłumaczyłam, że mnie już w podstawówce na Podkarpaciu uczyli na religii, iż katolicyzm nie ma problemu z ewolucją). Ewentualnie polemizują z „katolikami” z Frondy, co na jedno wychodzi – bo tamci niby potępiaja ekumenizm, ale w rzeczywistości garściami czerpią z owych amerykańsko-protestanckich wzorców. Zawsze żal mnie ściska, że przeciwnik jest tak łatwy.

Po nowym portalu widać ambicję, żeby prezentować katolicki punkt widzenia z wyższej półki. Liczę na to, że blogerzy – racjonaliści i ateiści zechcą podjąć rękawicę i podyskutować z tym nieco trudniejszym przeciwnikiem. Byłoby też świetnie, gdyby redakcja portalu dawała wówczas odzew. Liczę na smakowite dysputy.


Komentarze
2015/01/01 21:51:58
A po co?

Pytam nie jako zdecydowany bezbożnik, ziewający przy napotykaniu pierwszych terminów metafizycznych, ale jako człowiek przekonany, że nie są możliwe jakiekolwiek dowody naukowe na poparcie przekonań teistycznych – tak samo zresztą jak i ateistycznych, więc czym to się różnić będzie od głębokich rozważań na temat wyższości szczypiorniaka nad koszykówką lub na odwrót?

2015/01/01 22:25:20
Jejku, no właśnie po to, że te tysiące blogerów i internautów widzą sens w udowadnianiu, że katolicyzm nie ma racji. Ty nie widzisz sensu, ale inni widzą, inaczej by tak ogniście nie polemizowali.
2015/01/01 23:07:04
nie są możliwe jakiekolwiek dowody naukowe na poparcie przekonań teistycznych – tak samo zresztą jak i ateistycznych

To nie takie proste. Jeśli np. ktoś wierzyłby w Dzeusa ręcznie miotającego piorunami z Olimpu, to nauka pokazałaby mu, że takiego konkretnie boga, jak on sobie wyobraża – nie ma. Wielu ludzi sądzi, na zasadzie jakiejś indukcji, że wobec tego nauka (dziś lub w przyszłości) może sfalsyfikować istnienie każdego boga, jakiego człowiek mógłby pomyśleć. Osobiście nie byłabym tego taka pewna, czy nauka jest w stanie „obrać” świat z sacrum do zera. Może się mylę, ale mam przeczucie, że coś powinno zostać – z tym, że wówczas byłoby to bardzo inne od popularnych wyobrażeń, czym jest Bóg.

2015/01/01 23:58:12
No tak, masz rację, bezzasadność pewnych przekonań teistycznych i pewnych ateistycznych można odrzucić przy pomocy uznanych dziś za sprawne i powszechnie przyjętych w świecie nauki narzędzi. Ale co robić z oświadczeniami (wcale nie biorącymi się z jakiegoś amerykańskiego protestanckiego zagłupia), że ponieważ ludzie dużo grzeszą to PB zesłał na Afrykę ebolę? Oczywiście nowy portal może być z tak wysokiej półki, że istnienie podobnych opinii do niego nie dotrze i będzie omawiał tylko rozbieżności umysłowe miłe i niewinne, ale taka działalność by miała tyle praktycznego wpływu na świat co – powiedzmy – tworzenie przez podanie sobie rąk łańcucha dobrej woli wokół okropnej restauracji, żeby przekazać jej pozytywne fluidy.
2015/01/02 00:03:59
Aha, też jestem daleki od „obierania świata z sacrum do zera”. Różne wiary w niedostrzegalne (i dla mnie i z założenia) byty wielu osobom znacznie w życiu pomagają a mnie w niczym nie przeszkadzają – dopóki ktoś nie wysnuwa z nich wniosków o pozaziemskim pochodzeniu pojęć etycznych. Tu bardzo szybko kończy się moja tolerancja, bo aż za dobrze znam ciąg dalszy takiego serialu.
2015/01/02 09:15:52
Andsol wyłożył dokładnie mój punkt widzenia, tylko pewnie ładniej, niż ja bym potrafił. Swojego czasu z upodobaniem brnąłem w takie wysokopoziomowe dyskusję, a nawet (o nieszczęsny) bryki z tomistów czytywałem na to konto. Z czasem dotarła do mnie kompletna jałowość takich działań. Wiara i niewiara na wszelkich poziomach oznacza nieprzemakalność na argumenty, a któż by sobie zawracał głowę rozmemłanymi, choć do bólu poprawnymi logicznie, agnostykami.
Boga kurwa nie ma i tyle.
2015/01/02 09:39:24
Ale pierwszy zestaw tekstów na portalu wyborny.
2015/01/02 09:49:28
Jeśli o mnie chodzi, to także niewiele się spodziewam po dyskusjach np. o Wielkim Wybuchu – tak naprawdę spodziewam się tylko uświadomienia rozmaitym narwanym antykatolickim polemistom, że dyskutują z chochołem.

Mnie natomiast ciekawiłoby co innego: Dyskusje o tym, gdzie katolicyzm dziś naprawdę ma problem w zderzeniu z nauką. Psychologia. Seksuologia. Także po części neuronauka. Jeśli idzie o ewolucję, to mogłoby być o tyle ciekawie, że pozycje w dyskusji powinny się w zasadzie odwrócić – bo obecnie to konserwatyści używają teorii ewolucji do podparcia swoich kulturowo-religijnych tez.

Oraz to, co wspomniano powyżej na przykładzie „ebola karą za grzechy” – dyskusja o przypadkowości w świecie. Katolicyzm zamyka oczy na przypadkowość – co prawda potrafi ją jako tako przełknąć, gdy mowa o teorii ewolucji – ale zawiesza się na obserwowalnym fakcie, że złe rzeczy zdarzają się dobrym ludziom bez niczyjej winy. Ten fakt znacznie okraja pulę możliwych do przyjęcia definicji Boga.

2015/01/02 11:28:47
Ba, przypadek. Słaby punkt przykrywany od zawsze frazesami o „niezbadanych wyrokach”, czy przypowieścią o Hiobie.
Rzecz w tym, że każdy kto z potrzeby „uracjonalnienia ” religii otwiera się na fakty i logikę, nieuchronnie oddaje pole pod naporem sprzecznego z wiarą racjonalizmu właśnie. Jest w chronicznej defensywie i aż za łatwo Anuszka się nad kimś takim znęcać. Na koniec taki – inteligentny przecież – gość siedzi sobie zagnany do czarnej dziury i tworzy w miejsce Boga osobowego zawikłane konstrukty, których nawet on sam nie do końca rozumie.
Mnie zresztą Jahwe – tego starego Żyda z brodą – trochę żal. Zawsze miałem do niego sentyment.
2015/01/02 12:15:33
Ponieważ andsol wyłożył również moje poglądy, to ja pozwolę sobie jedynie na pytanie/facepalm – kto wymyślił tego potworka w postaci nazwy „Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych”???? Co to jest, na wszystkich bogów Schroedingera, Kopernik Badań? Czy naprawdę nikomu nie przyszło do głowy, że konstrukcja tej nazwy jest niezgodna z polską normą językową i stanowi kaleką kalkę czegoś, co brzmiałoby OK po angielsku (The Copernicus Centre of Interdisciplinary Studies – całkowicie naturalne, tylko że jeśli już to tłumaczyć _dosłownie_, to powinno być Kopernikańskie Centrum Badań Interdyscyplinarnych). Facepalm, facepalm, facepalm.
2015/01/02 15:51:46
@starszy58
To nawet nie chodzi o to, czy Bóg jest „osobowy” (co to znaczy?). Chodzi o sprzeczność: albo wszechmocny, albo miłosierny.

Co do niezrozumiałych konstruktów: najwięksi ortodoksi też nie rozumieją swoich konstruktów (zapytaj ich choćby, co to znaczy Bóg osobowy).

@drakaina
Facepalm facepalmem, ale lepszy taki portal niż żaden. Chyba że należysz do tych, którzy woleliby, żeby katolicyzm był zbiorem tępych i zabobonnych buców, bo taki przeciwnik jest łatwiejszy?

2015/01/02 16:45:56
@anuszka
No ale o ortodoksach tutaj nie mówimy, bo oni swoich konstruktów konfrontować z nikim (z logiką też) nie zamierzają. A wzmiankowany portal uznają za heretycki. To zresztą taktyka najlepsza z możliwych:)
2015/01/02 16:58:02
@starszy58
Kogo masz na myśli, mówiąc „ortodoksi”? Bo chyba trochę kogoś innego niż ja. Ja mówię o uznanych przez Kościół katolicki teologach – oni w większości nie są aż tak głupi, żeby nie konfrontować swoich konstruktów z logiką. I tych konstruktów nie rozumieją do końca, ale nie uznaliby tego za zarzut.
2015/01/02 18:05:11
@anuszka
No tak, to kwestia definicji. Dla mnie każdy, który wychodzi poza „tak, tak – nie, nie” ortodoksą nie jest. Owi „doktorzy kościoła ” o których wspominasz rzeczywiście łatają logikę tajemnicami i dogmatami, więc i o nich można powiedzieć „dogmatycy”. Ale nie ortodoksi, bo ci ani o włos nie myślą odstąpić od wszelkich wersji kanonicznych, jakby nie były absurdalne. Ale ostatecznie to tylko słowa.
2015/01/02 22:23:05
Np. Karl Rahner używa takiego konstruktu, o jakim chyba oboje mówimy:

…artykuł K. Rahnera opublikowany w „O możliwości wiary dzisiaj”, Kraków 1983. Na str 69 czytamy:
[…] z drzewa tego świata nie da się wystrugać sobie żadnego obrazu Boga. Zadanie dzisiejszego uczonego (które jest bólem, lecz zarazem i łaską) polegałoby więc na tym, aby przyjąć to doświadczenie, i nie usiłować zbyt pochopnie wciskać go w tanią apologetykę antropomorficznego wierzenia w Boga, i widzieć jego właściwe znaczenie, czyli rozumieć, że nie ma nic wspólnego z prawdziwym ateizmem. Przyznawajmy się otwarcie do niedoli naszej wiary. To nic nie szkodzi. Nie da się już dziś po prostu doświadczać rządów Boga w świecie z taką naiwnością, jak za dawnych czasów. Nie da si nie dlatego, że Bóg umarł, lecz dlatego, że jest większy, bardziej bezimienny, bardziej niepojęty, bardziej poza rzeczami.

(Wzięte stąd.)

2015/01/06 11:04:40
Taki cytat o rozłącznych magisteriach: „Nie istnieją rozłączne magisteria, a najprawdopodobniej nawet żadne magisteria bo rzeczywistość jest tak złośliwie zrobiona, że wczorajsza, niewinna opinia na temat gruczołów szczura ma wpływ na nasza opinię na pojęcie ekstazy św. Teresy. „
2015/01/06 12:02:16
@kakaz
Tak, bardzo dobrze utrafione z tymi gruczołami szczura. Religia jest w konflikcie z nauką w tym sensie, że to religia zawsze jest w odwrocie, a nauka ją wypiera.

Z tym, że trzeba uważać, czy nie robimy cichego założenia, na jakiejś pseudo-zasadzie indukcji: Że skoro dotychczas nauka była w stanie wygonić religię z tylu zagadnień, to w przyszłości wygoni religię ze wszystkich zagadnień. Bo tak naprawdę nie da się tego udowodnić.

2015/01/06 15:59:03
@Anuszka – przeczytaj mój wpis z bloga który podlinkowałem. Żadne prostackie założenie nie jest tam robione. I wcale nie jest prawdą że religia zawsze jest w odwrocie. Z historii znamy całe stulecia kiedy to nauka była w odwrocie. Nie mam mowy o czymś takim jak „gwarancja że nauka zwycięży”. Natomiast pewne jest jedno – nauka i religia są w konflikcie. Konflikcie który niestety nie pozwala na dłuższą metę ich godzić ( choć oczywiście każdy człowiek ma zdolność tak głębokiego oszukiwania siebie, że może uwierzyć nawet że jedna druga potwierdza! ), zmiany społeczne jakie powoduje rozwój nauki wypiera religię z życia publicznego. To nie zawsze jest dobrze. Często to jest dobrze. Jedyna możliwość pogodzenia religii z nauką to przejście religii w sferę prywatnego poglądu. Wszakże dla religii oznacza to śmierć bo religia jest zjawiskiem społecznym. Nie istnieje coś takiego jak „prywatna religia praktykowana w samotności”. Nawet jeśli kilku gryzipiórków z Wyborczej widzi w takiej postawie szczyt intelektualnej subtelności, to pozostaje to wyłącznie ich prostackim złudzeniem.
2015/01/09 10:03:52
@Anuszka, jak zapewne się domyślasz, Hellera znam osobiście i oczywiście, że wolę jego (niszowy) katolicyzm od katolicyzmu Rydzyka et consortes, ale moja wypowiedź wzięła się z poczucia, że noblesse oblige i na pewnym poziomie (intelektualnym zwłaszcza) nie powinno się popełniać tak rażących błędów językowych.

Rewolucja robi ze swoimi dziećmi to, co zawsze

Lewica.pl zawsze opisuje wojnę na Ukrainie z prorosyjskiego punktu widzenia. Bo Rosja, gdy wykorzystuje prawicowych pożytecznych idiotów, to daje im się karmić ideologią prawicową. Gdy zaś wykorzystuje tych lewicowych – to  oczywiście lewicową. Oto mistrzostwo: rozgrywać swoje interesy, każdemu mówiąc to, co chce usłyszeć. Dlatego też lewica.pl z kanapy kibicowała budowaniu państwa, które teraz-to-już-naprawdę!!! będzie realizować idee komunizmu: 

W czwartek 22 maja w Doniecku odbył się zjazd założycielski partii „Noworosja”, której celem jest budowa na terytoriach Południowego-Wschodu Ukrainy nowego państwa – „Noworosji”. Zgodnie z uchwalonym programem, partia będzie dążyć do ustanowienia sprawiedliwości społecznej, władzy rad i uspołecznienia środków produkcji, równocześnie podkreśla jednak znaczenie tradycyjnych wartości i moskiewskiego prawosławia. (…) jednym z najpilniejszych zadań ruchu jest nacjonalizacja przemysłu: – Ci, którzy w latach 90. zagrabili przedsiębiorstwa, muszą zwrócić je narodowi, a wielkie przedsiębiorstwa zostaną znacjonalizowane.

Program partii zakłada priorytet kolektywnych form własności, państwowej i społecznej: Wielka własność, aktywa przemysłowe i finansowe, będzie należała do państwa, zaś średnia własność może należeć do kolektywów, podczas gdy drobna własność i obiekty działalności ekonomicznej będące wytworem rąk właścicieli mogą znajdować się w prywatnych rękach.

Oprócz przemysłu własnością państwa ma pozostać także ziemia, jej zasoby pod powierzchnią, cieki i zbiorniki wodne, fauna i flora. Jedynie działki na cele mieszkaniowe i przeznaczone do indywidualnej działalności rolnej mogą znajdować się „w dożywotnim użytkowaniu z możliwością dziedziczenia prawa korzystania”. Generalnie ustrój społeczno-ekonomiczny państwa ma być oparty na zasadach sprawiedliwości społecznej i wielosektorowości gospodarki.

W programie „Noworosji” znajdziemy także ściśle socjalistyczne założenia, np. zasadę, że zapłata za pracę każdego człowieka będzie adekwatna do stopnia przydatności tej pracy dla społeczeństwa.

Lewica.pl z radością donosiła następnie, że powstała –

Radziecka konstytucja Związku Republik Ludowych

26 czerwca w Doniecku uchwalony został „Akt konstytucyjny o powstaniu Związku Republik Ludowych”, w skład którego wchodzą doniecka i ługańska republiki ludowe. Konstytucja nowego związku zakłada udział systemu rad w wyłanianiu władzy ustawodawczej. (…) Członkowie parlamentu związkowego pochodzić będą z dwóch grup: jedną trzecią deputowanych delegują republikańskie organy ustawodawcze, zaś pozostałą część parlamentu stanowić będą „przedstawiciele deputowanych rad lokalnych i (lub) kolektywów pracowniczych przedsiębiorstw, instytucji i innych organizacji”.

Wczoraj jednak taki oto news: W Doniecku separatyści uwięzili grupę komunistów! Ale jak to? Szok i niedowierzanie! Przecież oni tam chcieli budować nowy, lepszy ład! Rosyjski lewicowy socjolog, Borys Kagarlicki, ubolewa:

W Noworosji nasila się walka między postawionymi przez Moskwę politykami, realizującymi kurs na przywrócenie oligarchicznego reżimu.

Co gorsza, separatyści chcą uwięzionych komunistów oddać stronie ukraińskiej, a tam

Nasi towarzysze wpadną w ręce Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, czekają ich represje ze strony junty.

Faktem jest, że ukraiński parlament rozwiązał partię komunistyczną. A jak w ogóle władze traktują teraz komunistyczne ugrupowania, tego nie wiem. Cóż, zarówno skrajna prawica, jak i skrajna lewica na Ukrainie wydaje się być obiektem rosyjskich wpływów. Z tym, że ta pierwsza cieszy się raczej zbyt dużym zaufaniem władz, więc coś w tym może być, że ta druga tym bardziej traktowana jest z nieufnością.

Media podają, że dziś w nocy wymieniono grupy jeńców i jeden z nich nie chciał wracać do Kijowa.

Maestro, wydało się!

Nucąc sobie, odkryłam, że środkowa część poloneza z „Pana Tadeusza” przypomina… sygnał „Dziennika Telewizyjnego”. A teraz sprawdziłam – obydwa skomponował Wojciech Kilar. 🙂

Wojciech Kilar najwyraźniej nie jest jednak ze swojego dzieła dumy – a może raczej z samego faktu jego powstania. Informacji o utworze próżno szukać na jego stronie internetowej, a Maestro nie odnosi się do niej w wywiadach.
[to oczywiście o „Dzienniku Telewizyjnym”]

No to wydało się!

Polonez z „Pana Tadeusza” – 2:30-3:00 – ta fanfara na rogach: link powinien otwierać się na tym fragmencie, a chyba nie chce. To sobie przewińcie.

A tutaj dla porównania: czołówka „Dziennika”.


http://www.wrzuta.pl/embed_audio.js?key=8wMAoQ6Poaa&login=djrm79&width=300&height=110

Ciasteczko w Holandii

Tak czytam dyskusje na temat tej kobiety, co upiła się, poszła z jednym panem do hotelu i oczekiwała, że pójdzie spać, podczas gdy ten pan oczekiwał, że będzie uprawiać seks. Ona poszła spać, ale zbudziła się w trakcie, gdy – jak się okazało – mężczyzna w istocie uprawiał z nią seks. Dyskusje w internecie polegają na roztrząsaniu, czy ona zrobiła głupio, czy nie. I widzę pewne fundamentalne niezrozumienie wśród dyskutujących.

Spotkałam niedawno znajomego, który mieszkał przez jakiś czas w Holandii. Opowiedział, co go spotkało, gdy świeżo przyjechał i Holendrzy wzięli go na wizytę do holenderskiego domu. Gospodarze położyli na stole talerz ciasteczek. Po wizycie Holenderka wzięła tego znajomego na bok i powiedziała, że rozumie, iż on jest z obcego kraju, ale czy on wie, co narobił? Musiała go tłumaczyć przed gospodarzami! „- A co ja takiego zrobiłem? -Wziąłeś DRUGIE CIASTECZKO!!!”

Jak się okazało, w Holandii postawienie talerza z ciasteczkami nie jest równoważne z powiedzeniem: Częstuj się. W Holandii należy poczekać, aż gospodarz wyraźnie poprosi, aby się poczęstować. Jeśli wszyscy wezmą po jednym ciasteczku, to znów trzeba poczekać na wyraźne zaproszenie, żeby móc wziąć sobie drugie. No tak mi opowiadał ten znajomy.

Dyskusja nad zachowaniem pani w hotelu przebiega, jakby Holendrzy kłócili się z Polakami. Dla Polaka – jeśli pani idzie pijana z panem do hotelu, to jest tak, jakby postawiła na stole talerz ciasteczek. Można się częstować bez pytania, bo samo postawienie talerza jest dla Polaka niewerbalnym komunikatem „proszę się częstować”. Dla „Holendra” – czyli w tym przypadku też Polaka, ale mającego nieco inne wzorce kulturowe – postawienie na stole talerza ciasteczek nie oznacza niczego więcej ponad postawienie talerza ciasteczek. Należy się dopiero explicite dowiedzieć, czy można się poczęstować, czy nie. 

I tu pojawia się fundamentalne niezrozumienie. Bo ludzie mówią: To jest kwestia pojmowania kodów kulturowych. Kobieta, która w naszej kulturze idzie pijana z facetem do hotelu, w domyśle niewerbalnie mówi mu: chcę uprawiać seks. I że kobieta, która nie zdaje sobie sprawy z niewerbalnego znaczenia swoich poczynań jest niedostosowana do panującej kultury. To jakby z dziecinnej nieświadomości mówiła komuś: „tak, chcę uprawiać z tobą seks tu i teraz”, a potem miała pretensje, że zrozumiał to dosłownie. Jedna internautka wręcz powiedziała, że nie można traktować kobiety jak dziecka, które nie rozumie co mówi w tym kulturowym języku. Ci sami ludzie powiadają także: Ależ oczywiście, gdyby ta kobieta pojechała do ultrakonserwatywnego kraju arabskiego i wsiadła z obcym mężczyzną do auta, to w ich kulturze takie zachowanie już byłoby jak wystawienie talerza z ciastkami. I także powinna sobie tam zdawać sprawę z tego, co „mówi”.

Innymi słowy, ci ludzie są zwolennikami relatywizmu kulturowego sięgającego od zaproszenia do jedzenia ciasteczek, aż po zaproszenie do seksu. To stanowisko wydaje się nawet spójne. Dostosuj się do kultury, w której jesteś. W każdej kulturze istnieją przekazy niewerbalne. Nie wszystko trzeba mówić wprost, żeby znaczyło to, co znaczy. Jeśli jesteś w kulturze polskiej, to pójście po pijanemu z mężczyzną do hotelu oznacza zgodę na seks, i musisz się z tym pogodzić, a nie snuć fantazji o lepszym świecie. 

No tylko właśnie niezrozumienie polega na tym, że kobieta to nie talerz ciasteczek. A konkretnie, problemów z podejściem „wyższość przekazu niewerbalnego” jest kilka: 

1. Niewerbalna zgoda utrudnia wycofanie się z niej. Wystawiasz w Polsce ten talerz ciasteczek. Goście ci go zżerają, jednak w trakcie robi ci się żal, ty sknero. Ale przecież nie sprzątniesz im ciasteczek sprzed nosa, bo głupio. No dobrze, ciasteczka to mała strata. Ale w przypadku seksu mogą zajść rozmaite okoliczności powodujące, że człowiek ma prawo zmienić zdanie. A jakoś tak dziwnie to działa w naszej kulturze, że gdy kobieta niewerbalnie zgodzi się na seks, to mężczyzna rozumie, iż kobieta już na pewno, na 100% się nie wycofa. Klamka zapadła, jak można się tak bawić moimi uczuciami, przecież wykosztowałem się na drinki!

2. Przekazy niewerbalne są niejasne i zostawiają pole do interpretacji. Na przykład, mieliśmy w domu remont. Niektóre rzeczy leżały na wierzchu, bo nie dało się wszystkiego pochować. Między innymi w kącie kuchni zostało pudełko z kawą. Po remoncie okazało się, że pod naszą nieobecność robotnicy całą tę kawę wypili. Widać istnienie pudełka zrozumieli jako niewerbalne zaproszenie do poczęstowania się. Kawa mała strata. Jednak szkody są większe, gdy ktoś narusza naszą nietykalność cielesną, bo on myślał, że może, więc się na wszelki wypadek nie zapytał.

3. I największy problem: W rozumieniu przekazów niewerbalnych zwycięża interpretacja silniejszego. Lub przebieglejszego. Nigdy nie byliście wściekli, że współlokator, współobozowicz, współpracownik zeżarł wam jedzenie z lodówki? No właśnie. Bo to byli ci silniejsi lub szczwańsi od was. Przecież nie jesteś dzieckiem i powinieneś wiedzieć, że na stancji współlokator ma prawo się bez pytania poczęstować twoim jedzeniem. To twoja wina, że nie rozumiesz kultury studenckiej! O, i tu pojawia się pytanie: Dlaczego to współlokator ma decydować, co w kulturze studenckiej oznacza zostawienie żarcia w lodówce? Jedziesz do Holandii, to o znaczeniu ciasteczek na talerzu decydują Holendrzy. OK, bo oni tam rządzą. Ale, ale. Jedziesz do Polski, to o znaczeniu pójścia z mężczyzną po pijanemu do hotelu decydują… mężczyźni. Bo oni tam rządzą?

Ale na to zaraz pada odpowiedź na forach: A za to kobiety są przebieglejsze i – zwłaszcza w cywilizowanych krajach – narzucają właśnie swoją interpretację, ciągają mężczyzn po sądach i wrabiają w gwałty. Ja jestem w stanie uwierzyć w takie przypadki. Pomysłowość ludzka nie zna granic, a kobiety nie są zawsze niewinnymi lelijami. Choć mam podejrzenia, że akurat w Polsce to dużo częściej mężczyźni robią za stronę silniejszą i narzucającą reguły. Ale generalnie ideę rozumiem: Ten, kto jest w danej chwili cwańszy, ma możność narzucenia swojej „narracji”. „No bo niczego wprost nie ustalaliśmy, ale przecież jasne, że chodziło o to i o to.”

Ale WŁAŚNIE DLATEGO nie rozumiem, czemu akurat w tak potencjalnie skomplikowanych sprawach, jak seks, nie używać podejścia „holenderskiego”. Zwłaszcza, gdy ludzie się mało znają. Ale nawet w zaufanych związkach, gdzie ludzie faktycznie mają wypracowany niewerbalny język na wiele spraw – nawet tam można się choćby w połowie akcji wycofać i powiedzieć wprost, że jednak nie. W dzisiejszych czasach jak żona właduje się mężowi do łóżka, to nie musi automatycznie wypełniać obowiązku małżeńskiego. (I niech mi nikt nie próbuje wmawiać, jak jeden internauta, że to tylko dlatego, bo żona mniej podnieca. ;-)) Więc dlaczego świeżo poznani ludzie muszą odgrywać jakiś teatrzyk bez słów? Czy nie zdrowiej byłoby założyć, że od dziś w naszej kulturze wolimy mówić wprost, o co chodzi z tym seksem?

Ale to by znaczyło jednak odejście od tego kulturowego relatywizmu – że piękno różnorodności polega na tym, iż u nas częstuje się ciasteczkami tak, a w Holandii owak. Stać nas na taki relatywizm w kwestii ciasteczek, ale już nie w kwestii praw człowieka. I tu właśnie myślę, że ci relatywiści robią błąd, jeśli różne formy domniemanej zgody na seks zaliczają li tylko do kulturowego folkloru. Jeśli niewolnictwa nie zaliczamy do folkloru, to również kwestię zgody na seks pownniśmy traktować bardziej fundamentalnie. Więc to już nie jest kwestia ustalenia, czy przyjmujemy konserwatywny, czy liberalny wzorzec kulturowy. To nie jest tak, że źli liberałowie wciskają nam wzorce, które w niczym nie są lepsze od naszych, a może nawet są gorsze. Świat najprawdopodobniej zmierza ku odkryciu, że także w kwestii relacji seksualnych istnieją uniwersalne wartości. Że pewne wzorce po prostu SĄ lepsze. I warto ich przestrzegać dla dobra samych ludzi. Wygląda na to, że warto przestrzegać zakazu niewolnictwa, prawda? Tak samo świat wkrótce odkryje, iż warto przestrzegać równouprawnienia kobiet również w tym względzie, że należy się kobietom, by nikt nie odgadywał z góry, czego chcą w seksie, zanim same to wprost powiedzą.

Pisząc to widzę, że bodaj nawet w najbardziej cywilizowanych krajach jest to dalej fantastyka. W naszej części świata pisarze SF (tak, Ziemkiewicz; ale i Dukaj, chyba w „Czarnych oceanach”) grają larum, że rozmawianie o zamiarach seksualnych wprost oznacza społeczne wyjałowienie i totalną utratę romantyzmu. Tylko że ja takiego romantyzmu nie kupuję. Bo on jakoś polega na tym, że to kobieta ma nie mówić wprost. Podczas gdy nawet najbardziej konserwatywni mężczyźni są w sprawach manewrów miłosnych nad podziw wygadani i prostolinijni. Więc do tych wszystkich, którzy mówią mi na forach, że fantazjuję nie dostrzegając, jak jest: Ależ dostrzegam. Ale bieżąca rzeczywistość to jedno, zmienianie jej krok po kroku to drugie, a widzenie na horyzoncie tego, do czego dążymy, to trzecie. Nie ma powodu, żeby rezygnować z tych dwóch ostatnich, bo jakimś panom jest wygodnie tak, jak było dotychczas. Jakimś paniom może na przykład akurat nie być wygodnie.

Żeby chłop nie mógł z gołą babą w windzie…!?

Młodsze pokolenie – sądząc po reakcjach na mój niewinny twitt – ma chyba życie seksualne bardzo uregulowane i ponure.

Rafał ZiemkiewiczSerio, młode pokolenie kobiet ma ponure życie seksualne, bo nie są gwałcone, gdy nie mogą się bronić pod wpływem alkoholu?

To jest ciekawe zjawisko, że mówiąc o ludziach ma się na myśli mężczyzn.

Jezus z Hello Kitty

Świadectwo Marty – Pan oczyścił nas i nasz dom z Hello Kitty i innych okultystycznych zabawek

Mam na imię Marta i jestem mamą 4 – letniej Dominiki. Chciałabym przestrzec wszystkich rodziców przed kupowaniem dzieciom zabawek takich jak Hello Kitty (…).

To nie prawda, że nie mają one wpływu na dzieci! Przykładem jest moja córka, która mając niespełna rok (jakieś 11 mies.) dostała od znajomych koszulkę z Hello Kitty. Dziecko (…) zaczęło pokazywać na bluzkę z Kitty i chciało ją ubrać – było to dla mnie bardzo zaskakujące. (…)

Żadną inną zabawką nie bawiła się tak, jak Hello Kitty – potrafiła robić to nawet 2 godz.- a to dla tak małego dziecka jest nienaturalne. (…) Córka jakby wchodziła w inny świat. (…) Szukałam źródła pochodzenia zabawek i znalazłam, a rozmowa z naszym diecezjalnym egzorcystą utwierdziła mnie w przekonaniu, że są to okultystyczne zabawki.

Horror zaczął się wtedy, kiedy postanowiłam usunąć je z naszego domu. Po długiej modlitwie za moje dziecko, po modlitwie razem z córką i rozmowie z Nią, w której wyjaśniłam, że to nie są dobre zabawki dla dzieci, Dominika posłusznie mi je oddała, a ja je spaliłam.

Jeszcze tego samego dnia wpadła w ogromną furię bez żadnego powodu. Nigdy wcześniej coś takiego się nie wydarzyło. Proszę mi wierzyć, znam swoje dziecko – ono nie było wtedy sobą (…).

Po modlitwie Wspólnoty furie ustały. Kolejnego dnia dziecko dostało gorączki. Nic innego się nie działo, żadna choroba, infekcja, tylko wysoka gorączka. Wiedziałam, że to cena za wyrzucenie tych zabawek z naszego domu. Potwierdzeniem była kolejna noc, kiedy moje dziecko się rzucało i nie mogło spać, a na moje pytanie, dlaczego nie śpi, usłyszałam od Niej odpowiedź, że ONI nie dają mi spać. Ci oni, to złe duchy. Gorączka osłabła po wizycie u księdza – egzorcysty i modlitwie w intencji córki i mojej. Temperatura słabła i skończyła się w momencie, kiedy ostatnie przedmioty (nie wiedziałam, że jest tego w moim domu aż tyle i ciągle znajdowałam jakąś malowankę, obrazek itp.) zostały wyniesione z naszego domu i spalone.

W obronie wiary i tradycji

A tymczasem w Japonii, w zabytkowej świątyni buddyjskiej, w sklepiku świątynnym widziałam TO:

Budda z Hello Kitty!

ZUO do kwadratu!!!

Wyobraźcie sobie co by było, gdyby w Polsce, w sklepie z pamiątkami w zabytkowym kościele sprzedawać Jezuski z Hello Kitty???

Co w Polsce jest jak Rosja

Rosjanie mają jakiegoś bzika na punkcie patriotyzmu i muszą, widać, na każdym kroku udowadniać, że nie są wielbłądem i na pewno są patriotami. Dziennikarz Arkadij Babczenko opisał audycję na żywo w radiu „Goworit Moskwa”, w której brał udział. Dyskutował z jakimś posłem do Dumy o tym, czy Rosja jest agresorem. Tutaj jest nagranie:  [flash player] , [plik mp3]. Po przeczytaniu relacji dziennikarza, wysłuchałam całej audycji, żeby sprawdzić, czy to tak naprawdę wyglądało. W rzeczywistości było nawet jeszcze dziwniej. Czegoś takiego po prostu nie ma w mediach w naszej części świata… (Tak pomyślałam, ale po chwili coś mi to zaczęło przypominać. Lecz o tym na końcu.)

Słuchacze dzwonią: „Panie Babczenko, pana myśli nie są rosyjskie!”. Albo pytają, jak pan Babczenko może tak publicznie prać brudy, tj. mówić o jakiejś agresji ze strony Rosji: „Mąż z żoną mogą się kłócić, ale publicznie powinni się nawzajem bronić.” Albo pytają, co to będzie, jak pan Babczenko tak będzie mówił o agresji Rosji, toż jeszcze „świat uzna, że Rosja jest agresorem, wprowadzi sankcje i kraj się rozpadnie;  będzie pan szczęśliwy, panie Babczenko?” Prowadzący audycję usilnie sprowadza wszystko do „patriotyzmu”. Rozpoczyna się dyskusja, co to jest patriotyzm i który z gości jest większym patriotą. Audycja kończy się tym, że obaj goście wrzeszczą na siebie – Babczenko, że on za ojczyznę przelewał krew w Czeczenii, a poseł – że „proszę mnie nie tykać, bo jak ja pana tyknę”.

I wiem już! Wiem, co mi to przypomina! Jednak zdarzają się takie rzeczy w Polsce. Pomyślcie: gdzie panuje takie poczucie oblężonej twierdzy? Gdzie wszelkie wzmianki o błędach i przestępstwach są interpretowane jako szkalowanie świętości przez wrogie siły? Gdzie próba dyskusji na takie tematy pociąga za sobą natychmiastowo debatę nad lojalnością dyskutanta i konieczność udowadniania tej lojalności? W mediach katolickich!

Wygląda na to, że te uczucia i mechanizmy psychiczne, które w Rosji zagospodarowuje państwo – w Polsce zagospodarowuje Kościół.

Polskie dzieci używane do antyukraińskich ustawek dla rosyjskiej telewizji

Rosyjska telewizja państwowa pokazała „demonstrację przeciwko banderowcom” pod ambasadą Ukrainy w Warszawie. Niby że „w szeregu polskich miast odbyły się demonstracje poparcia dla Noworosji”. Jacyś Polacy wypowiadają się do mikrofonu, że Rosja nic nikomu złego nie zrobiła.

A oto, jak to wyglądało naprawdę. Znany antysemita Kobylański (zarzucano mu także szmalcownictwo) widnieje na transparencie. Prawdopodobnie nie przypadkiem. Wygląda na to, że wraz z neonazistowskim „Obozem Wielkiej Polski” zwerbował dzieciarnię z gimnazjum, żeby trzymała napisy „Majdan + NATO = nazizm”… Dzieciarnia nie bardzo wie, o co chodzi. Jeden chłopczyna zgłasza się: „To ja potrzymam flagę ukraińską!”, na co organizator poprawia surowo: „Zakrwawioną flagę ukraińską!”. Najwyraźniej biedne dziecko myślało, że nawet na tej demonstracji flaga ukraińska to jest „ta dobra”. Są też głosy z internetu, że podobno w Lublinie na podobną demonstrację werbowano obietnicami zapłacenia 1000 zł.

Więcej komentarzy na ten temat można znaleźć na wykop.pl.