Polska i odznaczenia

Czytając książki czasem natykam się na cytaty, które zawierają kwintesencję polskości. Oto jeden z nich:

„Nasze władze przełożone rzeczywiście dziwnie podchodziły do odznaczeń załóg. Okręt mógł chodzić cały rok, zatapiać okręty podwodne, zestrzeliwać samoloty, przeprowadzać bezpiecznie setki statków przez ocean, a za swoją działalność nic nie otrzymał. Ale gdy jakaś przypadkowa bomba upadła koło okrętu i zabiła kilku ludzi z załogi, zaraz sypały się odznaczenia i to najwyższe”

Autorem tych wielce wymownych słów jest komandor Bolesław Romanowski, dowódca okrętów podwodnych w czasie II wojny światowej. Umieścił je w swojej książce-pamiętniku z lat 1939-1945 pod tytułem „Torpedy u celu” (strony 372-373). Nie był człowiekiem obserwatorem, lecz sam zapoznał się z dziwnymi zasadami panującymi w polskich siłach zbrojnych.

Mam takie dziwne wrażenie, że nagradzanie za śmierć, a nie za ciężką pracę było, jest i będzie naczelną zasadą przyznawania odznaczeń przez polskie władze wojskowe i cywilne. Ostatnio wysyp nastąpił po katastrofie smoleńskiej. Podobnie było po katastrofie CAS-y w Mirosławcu. Dla mnie jest to zamknięcie ust krytykom na zasadzie: „skoro odznaczylismy, to musieli być porządni. Tylko dlaczego wciąż śmierć człowieka jest podstawą do podjęcia decyzji o nadaniu odznaczenia? Chyba można było wcześniej to uczynić. Ponadto, zbyt często mam wrażenie, że tzw. tragiczna śmierć jest jedyną podstawą do przyznania awansu czy orderu.

Polski katolik ma twarz Michalika

Liberałowie zdają się iść pod rękę z konserwatystami w braku zaufania do rozsądku, przyzwoitości i sumienia zwykłych ludzi. W ten sposób liberałowie i lewica nad głowami ludzi dyskutują z instytucją kościelną. Obu stronom wygodnie zgadzać się, że to duchowieństwo przemawia głosem polskich katolików.

W Miesięczniku Idei Europa ukazała się seria niezwykle ciekawych debat o roli katolicyzmu we współczesnej Polsce: Środa – Bielik-Robson, Król – Bartoś, Jurek – Milcarek. Z tych trzech dwie pierwsze są mi bliższe swoim liberalnym spojrzeniem i dlatego je tu skomentuję. Skupię się tylko na najważniejszej sprawie. Na tym, czego rozmówcy w ogóle nie zauważyli.

Zacznijmy od faktu: Ze statystyk wynika, że – zarówno na świecie, jak i w Polsce – duchownych katolickich jest 1000 razy mniej niż katolików świeckich.

Tymczasem debatujący intelektualiści mówiąc o Kościele jako realnym bycie, mającym wpływ na polską rzeczywistość, mówią o duchowieństwie. Gdy natomiast rozmowa schodzi na świeckich katolików, to przybiera wyraz bardzo odstręczającej, wręcz obraźliwej, inteligenckiej wyższości nad „prostym ludem”. Bartoś ubolewa, że wszelkie wyższe formy kultury, w których mogłaby mieć zalążek głęboka religijność, to coś nie dla większości Polaków:

Ta potrzeba duchowa, „niepokój metafizyczny”, jeśli na nią ma odpowiadać poezja, literatura czy spekulacja teologiczna, to ona będzie z natury tych „mediów” elitarna. I pozostaje pytanie, co zagospodaruje tzw. masy?

Bielik-Robson ocenia polskich katolików jako bezmyślną gawiedź. Z faktu, że większość polskich katolików nie zgadza się w różnych punktach z nauczaniem duchowieństwa, wyciąga fałszywy wniosek, że są oni obłudni i niezainteresowani wyższymi wartościami:

Obie strony [katolicka prawica i laicka lewica] mają dosyć czegoś, co moim zdaniem jest upiorną cechą społeczeństwa polskiego, czyli tej magmowatości sprawiającej, że typowy Polak jest w stanie i chodzić do Kościoła, i robić sobie aborcję, i czytać „Nie”, i „Gazetę Polską”, i wysłuchać Urbana, i księdza na kazaniu. Żyje w stanie mentalnego uśpienia, inaczej tego nazwać nie można, w którym nie potrafi nawet zauważyć napięcia pomiędzy dwoma sprzecznymi stanowiskami.

Istotnie, na sąsiednich łamach Jurek i Milcarek dzielą katolików na mniejszość gorących i większość letnich. Im przynajmniej trudno się dziwić, bo są konserwatystami.

Gadanie ponad głowami „ludu”

Jestem jednak przekonana, że liberałowie debatujący w tych kategoriach robią gruby błąd. Jest to po pierwsze błąd oceny stanu faktycznego, a po drugie błąd taktyczny – świeccy katolicy, tak bez szacunku potraktowani, niezbyt chętnie ich poprą.

Argument Bartosia jest fałszywy, gdyż obecnie prawie już nie ma prostego ludu. I to właśnie dzięki powszechnemu wykształceniu Polacy przestają trawić idiotyzmy serwowane przez „chłopów przebranych w ornaty”. Zaryzykuję twierdzenie, że obecnie przeciętny świecki jest lepiej wykształcony od przeciętnego duchownego.

Argument Bielik-Robson też jest fałszywy. Liberałowie wymagający, by katolik musiał w stu procentach stosować się do nakazów duchowieństwa – po pierwsze – nie wiedzieć czemu nie widzą możliwości, by i katolik mógł być liberałem. Po drugie – paradoksalnie idą na rękę samemu duchowieństwu. Przecież ono też tak naprawdę uważa siebie za prawdziwą siłę sprawczą Kościoła, a lekceważy zwykłych wyznawców, mimo że jest ich tysiąc razy więcej od hierarchów.

Nie ma w Polsce ortodoksów

Tymczasem nie ma w Polsce świeckiego katolika, który w każdym drobiazgu zgadzałby się z nauczaniem duchownych. Na przykład, według badań prowadzonych w diecezji płockiej przez sam Kościół katolicki, 82% wiernych nie zgadza się z jego nauczaniem dotyczącym antykoncepcji, a 73% z nauczaniem dotyczącym zapłodnienia in vitro. W badaniach ogólnopolskich potwierdza to CBOS.

Nie przypuszczam, żeby te miliony ludzi były hipokrytami, ani bezmyślnymi durniami. Znam wielu religijnych katolików, a każdy z nich jest w jakiś drobniejszy lub grubszy sposób nieortodoksyjny. Jeden z kolegów – niedoszły ksiądz, a teraz ojciec rodziny – wykrzykuje: „Jestem katolem, ale nie popieram Świątyni Opatrzności Bożej!” Inny – relatywizuje prymat Rzymu, mówiąc: „Jestem chrześcijaninem wychowanym w tradycji katolickiej”.

Sądzę, że ludzie, których znam, to reprezentatywni polscy katolicy, wcale nie wyjątkowi w swoim podejściu do religii. Są to ludzie, którzy bardziej od narzucanych norm szanują własne sumienie. Mają wewnętrzne przekonania – choć u każdego rozmaite – o tym, jak powinno wyglądać chrześcijaństwo w ich własnym życiu i takim je realizują.

Nie dzięki temu, lecz pomimo tego, że mają głupców za biskupów i proboszczów. Oni tę głupotę dobrze widzą. Nie widzą jednak powodu, by zrywać z Kościołem, bo to oni czują się Kościołem. Wbrew temu, co sądzą zarówno laiccy liberałowie, jak i duchowni. I ja nie traktuję takich postaw jako hipokryzji – przeciwnie, żywię do nich szacunek.

Teologia nie jest do zbawienia koniecznie potrzebna

Można by tu przywołać jako kontrargument zdanie prof. Środy – iluż katolików w Polsce, tak jak większość jej studentów, nie ma najbardziej podstawowej wiedzy teologicznej! Moim jednak zdaniem ci ludzie po prostu trafnie zauważają, że chrześcijaństwo to nie teologia. A zwłaszcza w kraju, w którym teologii ze świecą szukać nawet wśród teologów – to, co tutaj podaje się ludziom za teologię, słusznie jest przez nich odbierane jako dyrdymały.

Tymczasem nie trzeba umieć wymienić poprawnie Osób Trójcy Świętej, by być przyzwoitym człowiekiem i źródła tej przyzwoitości wywodzić z najważniejszych idei chrześcijaństwa. To co piszę, nie jest postulatem, jakoby „bez chrześcijaństwa czekało Polaków zbydlęcenie”. (Nota bene, Środa i Bielik-Robson deklaratywnie przeciw niemu protestują, ale zarzucając Polakom „magmowatość” jako wynik niewierności Kościołowi, w rzeczywistości zdają się go popierać…) Ja jedynie stwierdzam fakt socjologiczny: w obecnie żyjących pokoleniach Polaków większość przyswoiła sobie etykę i elementy duchowości za pośrednictwem chrześcijaństwa. Spośród nich tylko nieliczni z chrześcijaństwa zrezygnowali, większość natomiast wciąż jeszcze uważa chrześcijaństwo za pewnego rodzaju ojczyznę duchowo-etyczno-kulturową i nie widzi powodu, by z niej emigrować.

Ciekawostka – znalazłam właśnie sojusznika w tego typu myśleniu po drugiej stronie barykady. O. Wiśniewski w dzisiejszej debacie Tygodnika Powszechnego, jako jeden z bardzo niewielu duchownych wzdraga się przed nazywaniem złymi chrześcijanami tych (również polityków), którzy w swoich decyzjach kierują się własnym sumieniem, a nie wytycznymi instytucji kościelnej.

Nie macie na nich wpływu, choć oni uważają się za waszych przedstawicieli!

Tu jednak pojawia się problem. Problem, którego z kolei nie dostrzegają owi katolicy, czy też chrześcijanie wychowani w tradycji katolickiej, gdy miłosiernie tolerują głupotę katolickiego duchowieństwa.

Po pierwsze – przez ludzi z zewnątrz są oni oglądani wyłącznie jako niemy tłum stojący za plecami funkcjonariuszy instytucji kościelnej. Po drugie – co gorsza – sami funkcjonariusze uważają siebie za prawowitych reprezentantów tego tysiąc razy od nich liczniejszego tłumu.

Po trzecie – jest jeszcze gorzej: Świeccy katolicy to naprawdę jest anonimowy i niemy tłum! Dzieje się tak, ponieważ katolicka instytucja kościelna skonstruowana jest w taki sposób, by obieg decyzji miał tylko jeden kierunek. Świeccy nie mają żadnego wpływu na decyzje duchownych i na treść głoszonego przez nich – niby w imieniu całego Kościoła – nauczania.

Tego nie zmienią ani oczekiwania niektórych księży, by świeccy „bardziej włączali się w życie Kościoła”, ani najbardziej zdesperowani świeccy zapaleńcy, którzy rzeczywiście się na to zdecydują. Po prostu dlatego, że hierarchiczna struktura Kościoła katolickiego sama w sobie nie pozwala na oddolne podejmowanie decyzji.

Polski Kościół ma twarz Michalika

Zauważmy interesującą sytuację, gdy po krytycznym liście o. Wiśniewskiego w sprawie stanu polskiego Kościoła abp. Życiński broni go poprzez uderzanie w świeckiego (już) prof. Bartosia. Życiński powiada: Wiśniewski ma prawo reformować Kościół, bo jest z Kościoła – Bartoś nie ma prawa, bo jest spoza Kościoła. Tymczasem Bartoś wystąpił jedynie z szeregów duchowieństwa, a z Kościoła katolickiego nigdy nie wystąpił. Zatem uchodzący za (hłe hłe) liberała abp Życiński też uważa, że Kościół to duchowieństwo.

Symptomatyczne, że świecka prasa lewicowa to jedyne w Polsce miejsce, gdzie odbywają się debaty teologiczne: Szef polskiego episkopatu, a więc formalnie głowa polskiego Kościoła katolickiego, abp Michalik powiedział niedawno, że „Kościół w Polsce ma twarz Chrystusa”. Sprzeciwił się temu prof. Bartoś, wykładając subtelne teologiczne argumenty. Sama debata nie miałaby dla mnie większego znaczenia, gdyby nie to, że podsunęła mi śliczną metaforę:

Powszechna zgoda zarówno ludzi nienależących do Kościoła, jak i kościelnych hierarchów co do tego, że to duchowieństwo reprezentuje katolików – powoduje, że prawda jest inna i bolesna: Polski Kościół ma twarz Michalika.

A świeccy katolicy, realizujący w cichości serca swoje własne ideały chrześcijaństwa, chyba nie zauważają konsekwencji tego stanu rzeczy: Od teraz, dla świata – każdy polski katolik ma twarz Michalika!

I trudno będzie im znaleźć sposób, by taką gębę sobie odlepić. Ja widzę tylko jedną możliwość jakiejkolwiek sygnalizacji od dołu do góry: głosowanie nogami. Po pierwsze – nie płacić. Po drugie – o ile przekonania na to pozwalają – nie chodzić na msze (dopiero gdy pustki w kościołach zaczną bić duchownych po oczach, to jest szansa, że coś zauważą). Po trzecie – być może – nie posyłać dzieci na religię (tu wziąć pod uwagę należy nie tylko własne przekonania, lecz i to, że głupota kościelnego duszpasterstwa o wiele łatwiej może skrzywdzić dziecko, niż dorosłego człowieka). Niektórzy doradzają czwartą ewentualność – formalnie przenieść się do innego Kościoła chrześcijańskiego – ale wątpię, by taka możliwość urządzała większość Polaków, ze względu na silne tradycje kulturowe.

Liberałowie wymagają od katolików braku liberalizmu

Po tych nieśmiałych poradach dla mniej lub bardziej liberalnych katolików, zwracam się z poradą do liberałów tworzących politykę i media.

Jest dla mnie dziwne, że to właśnie liberałowie wymagają od katolików braku liberalizmu i ścisłego trzymania się narzuconych norm. Widocznie chcą sobie ulepić przeciwnika ideowego, bo jak na złość nie bardzo mogą go w społeczeństwie znaleźć. Jednak jeszcze dziwniejsze jest owo negatywne zdanie na temat stanu umysłu i moralności milionów rozsądnych i przyzwoitych ludzi, którzy w końcu tę Polskę budują.

Widocznie środowiska opiniotwórcze – od prawicy do lewicy – chcą sobie ustawić perspektywę my-lud, żeby mieć przed kim odgrywać inteligenckie zadzieranie nosa. Liberałowie powinni  jednak zdać sobie sprawę, że tylko meblują sobie scenę po przeciwnej stronie barykady. Właśnie dlatego, że popieram liberalizm, radziłabym im raczej pomyśleć, jak zwiększyć szeregi po własnej stronie. A będą to mogli zrobić tylko wtedy, gdy zaczną żywić większy optymizm co do rozsądku, przyzwoitości i – tak! – sumienia zwykłych ludzi.