Stary ksiądz, który stracił wiarę

Przypomniała mi się moja dawna dyskusja pod wywiadem Żakowskiego z gen. Jaruzelskim:

anuszka_ha3.agh.edu.pl:

„Z punktu widzenia marksizmu był to zwrot zasadniczy. Marksizm zakładał społeczną, a de facto państwową, własność środków produkcji. Przez lata byliśmy temu wierni. Ale tabu społecznej własności powodowało…”

„Słowo kapitalizm było wstydliwe, nawet wyklęte.”

„Fundamentalny był problem własności. Ale istniał też inny problem doktrynalny. Kierownicza lub, inaczej nazywając, przewodnia rola partii.”

To niesamowite. Ten człowiek mówi jak kapłan jakiejś religii. Dopiero teraz zrozumiałam, jak to możliwe, że Jaruzelski – który przecierpiał lata na Sybirze i stracił tam ojca – stał się wiernym funkcjonariuszem systemu komunistycznego. Czy dlatego, że był ograniczonym trepem? Czy dlatego, że był cynicznym graczem?

Nie!

Teraz dopiero to sobie uprzytamniam: On wierzył w komunizm jak w religię.

Te zdania u góry cytowane jako żywo przypominają mi rozważania katolickich księży, przedkładających doktrynę nad rzeczywistość. Pojęcia tabu, wyklęte koncepcje, doktryna… Takimi słowami posługują się ludzie opisujący rzeczywistość z punktu widzenia własnej głębokiej religijności.

Nawet te przeżycia łagrowe pasują do układanki – to coś w rodzaju syndromu sztokholmskiego. Coś w rodzaju postawy Hioba: Pan dał, Pan wziął. Gdy system zabiera nam wszystko – racjonalizujemy sobie tragedię, ubóstwiając system. Myślę, że gdyby młody ziemianin Jaruzelski poszedł na księdza, to ze swoją żarliwością mógłby zostać nawet papieżem…

rat_123:

Anuszka

J byl pragmatykiem ale nie fanatykiem slepo wierzacym w “komunizm” (…)

anuszka_ha3.agh.edu.pl:

Jedno drugiemu wbrew pozorom nie przeczy. To co mówi Jaruzelski teraz, to jest z perspektywy lat. On mówi jak stary ksiądz, który utracił wiarę ;-). Zgadzam się, że już w latach 80. chyba nikt w aparacie komunistycznym nie wierzył w doktrynę – Jaruzelski pewnie też. Ale mimo to oni tę doktrynę utrzymywali, „podawali do wierzenia”. Nawet jeśli prywatnie wiedzieli, że to fikcja, to uważali, że publicznie muszą się zachowywać tak, jakby w tę fikcję wierzyli. Przypomina to jakąś podupadającą religię. Ale jednak religię.

Mimo wszystko sądzę, że Jaruzelski za młodu naprawdę wierzył w komunizm. W latach 80. może już nie, ale wcześniej tak. Inaczej dlaczego mówiłby: Widziałem, że skuteczne byłoby to i to, ale byłoby to niezgodne z… doktryną! Cóż to za argument? Kto u diabła przejmuje się „doktrynami” w polityce? Ja myślę, że on mówił z pozycji człowieka, który rozczarował się wyznawaną przez siebie religią, ale wciąż traktuje ją jak religię…

I co teraz będzie z tym kultem cargo?

Pamiętam, wciąż pamiętam tę dyskusję z PFG długą na kilka blogowych notek – czy potrzebujemy przymilać się do Stanów Zjednoczonych, czy nie.

Paweł tak pięknie potrafił przyznać się do zmiany zdania: Choć dalej pozostał przy przekonaniu, że sojusz militarny z USA ma dla nas zasadnicze znaczenie, to po zastanowieniu przyznał mi rację w głównej sprawie. Że mamy, Polacy, irracjonalne wyobrażenie, iż Ameryka powinna nam pomagać, bo tak. Bo oni są Amerykanami, a my przecież jesteśmy Polakami! Zgodziliśmy się więc, że ta wiara we wszechmoc i wszechdobroć Ameryki to kult cargo. Budowanie lotnisk ze słomy w nadziei, że nadlecą prawdziwe samoloty.

Dziś mnie wypada się zatem przyznać: Co do znaczenia sojuszu militarnego z USA – to Paweł miał rację. Nie spodziewałam się po Rosji, że wyjdzie z niej aż tak duch sowiecki. Ale teraz warto było sobie jeszcze raz poczytać moje stare notki (1, 2), a też Pawłowe (1, 2, 3, 4, 5), i to wszystko łącznie z dyskusją pod wpisami. Bo wtedy w każdym razie oboje pisaliśmy cynicznie, że Ameryka spokojnie może mieć nas gdzieś. Tak pisaliśmy wtedy na zimno, i warto to sobie przypomnieć – bo teraz jak trwoga to do Boga, i wszyscy obracają oczy ku niebu na zachodzie, ku dobrej Ameryce i jej samolotom. Otóż dalej Ameryka może mieć nas gdzieś. Czy coś się zmieniło, żeby Ameryka zaczęła nagle mieć interesy bardziej zbieżne z Polską? Czy to tylko strach każe nam bardziej wierzyć w cargo? 

Jeszcze jedno. Całkiem niedawno odbyła się u Pawła dyskusja o olimpiadzie w Polsce. Ktoś tam skomentował, że bardzo dobrze, bo Polacy teraz potrzebują wielkich projektów.

Odpisałam mu, że co prawda faktycznie to jest w dzisiejszych czasach problem Polski, że zabrakło wielkich projektów. Prawdziwie wielkie projekty, co do których była zgoda narodowa – wejście do NATO, kolejne etapy integracji z UE – zostały wykonane. Ale Euro 2012 z towarzyszącą mu sztandarową ideą budowy dróg to była po prostu czkawka, karykatura tamtych, gdy zorientowano się, że wielkie idee się zakończyły, a ludzie może chcieliby nowych. Zresztą przez pewien czas Tusk diagnozował, że ludzie właśnie nie chcą już wielkich idei, tylko chcą stabilizacji, dobrobytu, ciepłej wody w kranie. Ale jakby okazało się, że to niezupełnie to, i że jednak Polacy lubią żyć wielkimi ideami.

No więc być może zaskakująco właśnie znalazła się kolejna wielka idea dla Polaków. Ogólnonarodowy projekt obrony przed Rosją. Co tam olimpiada.

Szczepionka przypominająca

Pojawiło się nagranie przerażającej jatki. Ale z wielu powodów warto, żeby to obejrzeć. Ustawiłam początek odtwarzania na około dwunastą minutę (jeśli nie działa, to proszę od razu przewinąć):

Dziennikarz Tygodnika Powszechnego wyjaśnia, co się tam stało. Ale nie jest to wystarczające wyjaśnienie.

Oto tło wydarzeń: Nagranie przedstawia moment uważany przez zwolenników Janukowycza i media rosyjskie (zresztą, właściwie również przez polskich analityków, jak czytałam parę dni temu na stronie Ośrodka Studiów Wschodnich) za zerwanie rozejmu i rzekomy atak sił Majdanu na budynki rządowe. Red. Pięciak ma rację, że na atak to za bardzo nie wyglądało. Grupka ludzi nie zaatakowała budynków, lecz usiłowała podkraść się do opuszczonej barykady. Nie da się ukryć, że niepotrzebnie. Ale też niezbyt groźnie. Zostali ostrzelani przez snajpera. Następne grupy szły po rannych i próbowały robić zasłonę dymną, żeby snajperzy nie mogli celować. 

Od 12. minuty dzieje się coś jeżącego włosy na głowie. Kolejne grupy podchodzące do rannych są dosłownie koszone przez snajperów.

I tu zaczynają się powody, dla których jednak warto obejrzeć ten film. Dostarczy różnych refleksji.

Młodzieży bawiącej się w rekonstrukcje powstania warszawskiego pokaże, jak to naprawdę jest. Ci ludzie leżący na chodniku do złudzenia przypominają rekonstruktorów. Podnoszą głowy, zerkają naokoło, jakby sprawdzali, czy już można wstać i pójść do domu. Tak się wydaje. Przez moment.

Nawiasem mówiąc: Rosyjskie dzienniki telewizyjne pokazywały fragmenty tych wydarzeń (nagrane z innego ujęcia) i komentowały zupełnie otwarcie: Oto snajperzy Majdanu strzelają do swoich, żeby wykreować więcej ofiar. Trudno się oprzeć wnioskowi, że w tamtym obszarze kulturowym ktoś uważa takie argumenty za mające potencjał przekonywania. Prowokacje polegające na zabijaniu swoich dla efektu propagandowego – tak jakby są dość naturalną możliwością w tamtej części świata? Dubrowka? Biesłan? Bomby podkładane podobno przez kaukaskich ekstremistów pod bloki mieszkalne? Tutaj, gdy obejrzeć cały film, widać, że strzela ktoś nie w plecy, lecz z boku, z ukosa w stosunku do barykady. Ukośnie do tego murku, za którym chowali się ludzie, ale metr od którego byli już odkryci na strzał. Byłam w Kijowie i kojarzę te miejsca, a patrząc na Google Street View i zdjęcia satelitarne, mogę zgadnąć, że prawdopodobnie strzelano z dachu budynku Rady Ministrów. Tak wynika z kąta, pod którym padały strzały. Akuratnie murek dawał odrobinę ochrony, ale kawałek za nim już kule mogły padać.

Niezależnie, jak rozumieć pojawienie się ludzi Majdanu tam, gdzie miało ich nie być – nawet jeśli uznać to za przerwanie rozejmu, reakcja władz była pozbawiona cienia przyzwoitości. Można było strzelać gumowymi kulami (ba, ale z dachu Rady Ministrów to za daleko…). Tymczasem strzelano dosłownie jak do kaczek. Snajper musiał sobie wybierać: tego ustrzelę, tego sobie zostawię na potem. Widać, że w zasadzie mógłby zastrzelić wszystkich obecnych w kilkanaście sekund. Widać, że w zasadzie to zrobił, ale trwało to pół godziny. Absolutnie przerażające. 

Jednak jeszcze bardziej przerażająca była naiwność powstańców. Gdzie ci „afgańcy”, którzy ich ponoć szkolili? Przecież ci nieszczęśnicy kolejno powtarzają nawzajem swoje błędy. Biegają z tarczami, które tylko pomagają snajperom celować. Specjalnie ustawiłam początek filmu na 12. minutę. Widać leżących rannych. Jeden na wpół ukryty za drzewem. Podkrada się do niego kolega i podaje mu tarczę. Ten usiłuje osłonić sobie nogi. Ale tarcza jest z błyszczącej blachy. W tej chwili padają dwa strzały, w tarczy robią się dwie dziury, obydwaj młodzi ludzie trafieni.

Rwę sobie włosy z głowy, gdy widzę zachowanie kolejnych i kolejnych nadbiegających kolegów. Wszyscy osłaniają się tarczami, mając złudzenie, że to ich chroni. Niebezpieczne wyobrażenie dodające złudnej pewności siebie. Te kawałki blaszki i kolorowego plastiku, robiące powstańczy fason, te pomarańczowe hełmy nie chronią. One przyciągają kule. Ale oni tego wciąż i wciąż nie rozumieją. Robią jak wszyscy. Wniosek: Jeśli nie daj Boże znajdziesz się tam, gdzie strzelają – nie rób tego, co wszyscy.

Skoro już mieli te tarcze, dlaczego szarpali rannych za ręce i nogi, zamiast nosić na tarczach? Sposób, zdawałoby się, znany od starożytności. Wpadli na to dopiero półgodzinie. Dlaczego nie chowali się za pniem zwalonego drzewa, który mieli tuż za sobą? Za skarpą, która była za pniem? Dlaczego skupiali się w duże grupy? Oto pokolenie czasów, gdy już od kilkudziesięciu lat nie było wojny. Jeszcze ja pamiętałam z filmów wojennych: Gdy strzelają, padać na ziemię. Chować się za przeszkodami terenowymi. Gdy strzelają, biec zygzakiem. Starać się być jak najmniejszym. Biedne dzieci Majdanu, kolejnymi grupkami wbiegają na scenę, wszystkie powtarzają te same błędy i tak samo padają pod kulami.

Jest to okropny widok. Jak szarża z lancami na czołgi. Redaktor z Tygodnika nie ma racji, tłumacząc, że akcja miała sens. Owszem, oni chcieli podpalić opony, żeby zasłonić rannych dymem. Ale to było później. Najpierw podeszli pod barykadę i uciekli. Jeśli chcieli coś tam podpalić, to mogli z daleka rzucić koktajle Mołotowa. Potem długo podchodzili pod kule z tymi biednymi tarczami i niczego nie podpalali. Tak, wiem, że podchodzili zbierać rannych. Ale robili to źle. Dopiero na koniec podtoczyli opony od właściwej strony (czyli nie na barykadzie, lecz z boku) i podpalili je, co okazało się skuteczne.

Trzymałam się za głowę oglądając. To był straszny pokaz połączenia odwagi i braku myślenia. Przez bite czterdzieści minut wszyscy robili tam rzeczy irracjonalne i to naśladując się nawzajem w tej irracjonalności, choć było widać jak na dłoni, że ona prowadzi kolejne osoby do śmierci. Jeśli był tam ktoś, kto myślał – może był, np. ten mężczyzna skutecznie chroniący się pod murkiem, może człowiek z kamerą, może jeszcze kilku innych – nie miał żadnego wpływu na to, co bezmyślnie robią inni. Wyobrażam sobie, jakie to dopiero straszne – mieć rację, ale nie umieć innymi pokierować… Sensownie postępowali tylko lekarze i sanitariusze. Nie nosili tych głupich tarcz.Chowali się przed kulami za obniżeniem terenu. Ale też odważnie wychodzili po rannych i robili swoje. Dla tych ludzi głęboki szacunek.

Jesteśmy Polakami, więc takie rzeczy robią na nas wrażenie. Jesteśmy wychowani w takiej kulturze i nią przesiąknięci. Zaryzykuję stwierdzenie, że to rusza większość z nas. Nawet tych racjonalnych. Serce jest po stronie tych biegnących pod grad kul, choć rozum mówi swoje.

Właśnie dlatego dopuśćmy przez chwilę głos rozumu. To jest bardziej ważne dziś, niż jeszcze pokolenie temu – wytłumaczę, dlaczego. Gdy poczytać wspomnienia opozycji antykomunistycznej, np. Kuronia, okazuje się, że wszystkie powojenne polskie bunty przeciw władzy odbywały się z pewną kolektywną świadomością w tyle głowy: Nie dopuścić do nowego powstania warszawskiego. Dlatego ostatnie kilkadziesiąt lat był to w Polsce zadziwiający okres, gdy stawiano na dogadywanie się, nie na walkę. Taka była trauma powstania warszawskiego. Ale to były dwa pokolenia, a w trzecim ona już zanika. Zaczynają się bajania o zdradach narodowych, o tym, że wszystko można było ostrzej i bardziej bohatersko. Zaczynają się rekonstrukcje, powstańczy folklor. Także i „żołnierze wyklęci” i inne podobne baśnie o romantyzmie walki zbrojnej. Właśnie dlatego trzeba ten film obejrzeć. Powtórzyć sobie tę zbawienną traumę. Szczepionka przypominająca.

Najlepszy model rodziny dla kobiety

CBOS wykonał badanie „O roli kobiety w rodzinie” (pdf). Co prawda nie ze wszystkich interpretacji jestem zadowolona (np. prasowanie nie musi świadczyć o zniewoleniu kobiet, bo w dzisiejszych czasach można prasować bardzo rzadko). Ale wyniki są bardzo ciekawe. Zauważyłam dwie prawidłowości, z których mało kto zdaje sobie sprawę.

1. Uważa się, że jeśli rodzina ma wysokie dochody, to wystarczy, aby dostarczał je mąż, a kobiety wówczas chętniej siedzą w domu. Bo nie muszą pracować. Z tego badania wynika coś przeciwnego. Im wyższy dochód, tym więcej par preferuje i realizuje model partnerski. Szkoda, że nie pokazano szerszej skali dochodów, bo w tym raporcie najwyższy przedział to powyżej 1500 zł na osobę. Byłabym ciekawa, co mówią respondenci o naprawdę bardzo wysokich dochodach. Może dopiero tam żonom nie chce się pracować?

2. W małżeństwach partnerskich aż 55% kobiet czuje satysfakcję z takiego modelu i tylko 10% czuje się z nim źle. Natomiast w małżeństwach tradycyjnych lub takich, gdzie kobieta więcej pracuje dla domu, źle się czuje prawie 1/3 kobiet. To jest bardzo ważna wiadomość. Bo konserwatyści lubią mówić, że małżeństwo tradycyjne to model naturalnie stworzony dla kobiety i jej potrzeb. Tylko że gdy kobieta już się w takim modelu znajdzie, to nie pytają jej, czy faktycznie jest jej dobrze.

Właśnie ta tabelka obrazująca satysfakcję kobiet pokazuje, jak wielki jest rozdźwięk między abstrakcyjnymi teoriami, a odczuciami samych kobiet. To dopiero pokazuje, że te teorie muszą być tworzone i propagowane przez ludzi niezainteresowanych faktycznym dobrostanem kobiet. To wręcz niezwykłe, że w społeczeństwach demokratycznych funkcjonują tak silnie rozpowszechnione teorie dotyczące porządku społecznego, które nie biorą pod uwagę informacji zwrotnej od osób będących obiektami tych teorii.

Każdy, kto chciałby uczciwie stworzyć teorię „najlepszego modelu rodziny dla kobiety”, musiałby przyznać, że ewidentnie model partnerski jest dla statystycznej większości kobiet najlepszy.

Solidarność ze sprawcą

Dość rozpowszechnione jest przekonanie, że im większa swoboda seksualna kobiet, tym większe ryzyko zgwałceń. W tej notce bloger Slwstr stawia tezę, że jest wręcz przeciwnie. Przytacza dane statystyczne sugerujące, że właśnie im większą swobodę dysponowania własnym ciałem mają kobiety, tym mniej zgwałceń. Wyjaśnia to tym, że gdy pojawia się taki nowy obszar wolności, to wkrótce (choć co prawda nie od razu) pojawiają się normy społeczne chroniące tę wolność. I w ogólnym rozrachunku okazuje się, że one bardziej chronią kobiety przed gwałtem, niż brak wolności.

Choć – amicus Plato, sed magis amica veritas – nie jestem pewna, czy przytoczone dane liczbowe rzeczywiście wystarczają do udowodnienia owej tezy. Bo mimo że zgwałcenia uważane są za najpoważniejsze z przestępstw, to o dziwo statystyki na ich temat zbierane są w sposób bardzo lichy. Różnią się metodologicznie pomiędzy różnymi krajami i różnymi okresami czasu. Kilka razy przekopywałam się w internecie przez dostępne dane na temat zgwałceń i widziałam to wyraźnie. Bardzo potrzeba systematycznych, ujednoliconych , ponadnarodowych badań na ten temat. Więc polecam ten tekst, bo mam poczucie, że ta teza jest prawdziwa i że w przyszłości da się ją udowodnić. 

Ale to był tylko wstęp, i tak naprawdę chcę napisać na inny temat, którego Slwstr nie poruszył. Gdy napisał, że zwykły mężczyzna przecież nie gwałci po parkach, zwróciłam uwagę na następujące zjawisko: Mężczyźni, którzy używają argumentu o prowokującym ubiorze w środku ciemnego parku etc. argumentują tak – „wiem, jak taka kobieta oddziałuje, bo sam jestem mężczyzną”. Innymi słowy, mężczyźni solidaryzują się ze sprawcami gwałtu!

Gdy zapytać o uściślenie, mówią coś, co sprowadza się do: „Sam bym nie zgwałcił, bo mam hamulce, ale nie dziwię się jego odczuciom. Wystarczyło, że nie miał hamulców i nieszczęście gotowe”. Chyba nie słyszałam żeby ktoś solidaryzował się z innymi (ciężkimi! o tym zaraz!) przestępcami w ten sam sposób: „Sam bym nie zabił i nie poćwiartował, bo mam hamulce, ale nie dziwię się, że ofiara tak go wkurzyła. Wystarczyło, że nie miał hamulców, to zabił i poćwiatował, wiadoma sprawa.”

To oznacza, że ci mężczyźni zasadniczo lubią sobie wyobrażać siebie jako zdolnych do gwałtu. Oraz jako zdolnych do powstrzymania się od niego. To zasadniczo inna postawa poznawcza niż socjalizacja do niechęci do jakiejś innej obrzydliwej zbrodni, typu seks z dzieckiem, zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem itp. Nikt sobie nie lubi wyobrażać siebie jako zdolnego do tych ohydnych rzeczy. Natomiast do gwałtu – owszem.

Panuje przekonanie, że ohydne zbrodnie przydarzają się tylko zwyrodnialcom, którzy umysłowo są całkiem inni od nas i ich odruchy są dla nas niepojęte. Natomiast gwałt – przydarza się przestępcom, którzy mają dokładnie takie same odruchy jak my, a jedynie brak im samokontroli. Nad tym błędem poznawczym należy pracować w wychowaniu młodych mężczyzn (ba, ale czy to obiektywny błąd, czy raczej styl socjalizacji? o tym niżej). 

Bo wydaje się, że zdolność do gwałtu jest dla nich prawie tożsama ze zdolnością do seksu. Skoro więc zdolność do seksu jest cechą bardzo pozytywną i definiującą mężczyznę, to pokrewna jej zdolność do gwałtu wydaje się wtedy też pewnym stopniu pozytywna. Mężczyźnie zdolnemu do gwałtu należy tylko dodać owe mityczne „hamulce” i staje się zupełnie prawidłowym mężczyzną. Błąd polega na myśleniu, że różnica pomiędzy posiadaniem hamulców i ich brakiem to jest zupełnie mały pikuś. Tymczasem to jest właśnie zasadnicza różnica. Człowiek posiadający hamulce przed uprawianiem seksu z dziećmi lub przed obdzieraniem bliźniego żywcem ze skóry w ogóle tak by siebie nie widział – że to tylko drobna kwestia posiadania hamulca. On powie: „w życiu nie jestem zdolny do takiego obrzydlistwa!”, a nie: „jestem zdolny, tylko na szczęście mam hamulce”. Ten hamulec jest w tym przypadku tak zinternalizowany, że człowiek uważa jego istnienie za fundamentalną cechę normalnej osobowości, a nie za coś opcjonalnego jak w przypadku gwałtu.

Wychodzi na to, że są dwa rodzaje przestępstw: Takie, do których każdy czuje się zdolny warunkowo, ale wie że ma odpowiednie hamulce. I takie, do których czuje się fundamentalnie, z samej swojej natury niezdolny. Np. w zasadzie każdy uznaje się za zdolnego do zabójstwa – w obronie własnej, w obronie najbliższych, w obronie ojczyzny. Słowem, w sytuacji, gdy sprawca sprowokuje wystarczająco mocno. Do tej grupy niestety, jak pokazałam wyżej, należy też przestępstwo zgwałcenia. Do drugiej grupy należą przestępstwa uważane za absolutnie odrzucające: seks z dzieckiem, obdzieranie żywcem ze skóry, itp. Tutaj już każdy powie, że nie jest „takim” człowiekiem, że to nie kwestia hamulców, lecz kwestia absolutnej, przyrodzonej niezdolności.

I teraz – gdy klasyfikujemy się jako „z natury” zdolni lub niezdolni do jakiegoś przestępstwa, to jest to obiektywne? Czy owa solidarność mężczyzn z gwałcicielami jest obiektywnym błędem, czy naprawdę każdy jest zdolny do każdej zbrodni?

Gdy spojrzeć na to chłodnym okiem – wcale tak nie jest, że przestępstwa uznawane za tę drugą, fundamentalnie złą kategorię związane są z hardware’ową zdolnością lub niezdolnością człowieka. Tak naprawdę w ciągu dziejów obyczaje zmieniały się bardzo. I różne przestępstwa przesuwały się z grupy do grupy. Natura ludzka jest dużo bardziej płynna, niż ludzie lubią sobie wyobrażać.

Natomiast to socjalizacja wpaja nam, że pewne rzeczy są absolutnie, stuprocentowo nienaturalne i że nie jesteśmy do nich zdolni. I co ciekawe – sprawia, że rzeczywiście nie jesteśmy do nich zdolni. Po odpowiednio długim procesie wychowania w danej kulturze zaczynamy się utożsamiać z taką a nie inną „naturą”. Gdybyśmy jednak byli wychowani w innej kulturze, która nie nałożyłaby nam tego przekonania – to owszem, bylibyśmy zdolni. Ciekawa jestem, czy na skutek odpowiedniego wychowania zgwałcenie da się przesunąć z jednej kategorii do drugiej. Chyba jeszcze żadna cywilizacja na świecie tego nie próbowała.

Staropolskie wartości rodzinne

Dedykuję zwolennikom tradycyjnych wartości rodzinnych…

Nathaniel William Wraxall, brytyjski dyplomata, opisuje obyczaje małżeńskie w Polsce pod koniec XVIII wieku:

Wprost boję się mówić o tym, co widziałem i wiem na ten temat, tak nieprawdopodobnie to wygląda. Udowodnienie zdrady małżeńskiej jest uznane za prawną przyczynę rozwodu; ale w zasadzie wystarczy nie więcej niż niezgodność charekterów, niechęć lub znużenie. (…)

Kilka dni temu byłem z wizytą w towarzystwie pana Wroughtona u księżnej Sanguszkowej (…). Jest to bardzo elegancka kobieta, blisko dwudziestoczteroletnia. Zastaliśmy ją w ogrodzie, przechadzającą się pod rękę z kanclerzem wielkim, swoim mężem, księciem Sanguszko, oraz drugą damą, w cieniu wysokich drzew.

Dyskutowali właśnie nad prawną stroną rozwodu, który w Polsce można uzyskać z taką samą łatwością, z jaką papież udziela przebaczenia i rozgrzeszenia. Jak zrozumiałem, książę zamierza poślubić damę, z którą się właśnie przechadza w towarzystwie żony.

Źródło: A. Lisak, Miłość staropolska, Bellona 2007, s. 128.

Ante stajniam cum mastalerzibus

Wszystkim święcie oburzonym zasyfianiem języka polskiego jakimiś wtrętami obcojęzycznymi (aktualnie modny jest polglisz) dedykuję poniższy cytat z lwowskich akt sądowych:

„Dowiadujemy się z tej wesołej elukubracji, że woźny miewał przy przy lewym boku szablę z kagańcem, a przy prawym torbę sarnią seu capsam, w której prócz papierów miał ‚czarną juchę’ na posiłek w podróży; że lubił bawić w ‚hultajskiej gospodzie’, zaglądać do kieliszka, że pod hasłem: Pal bracie, aby do mnie! multos quatircas et półgarnczków gorzałki ebibit, że grywał w karty i kości ante stajniam cum mastalerzibus itd.”

(Władysław Łoziński, Prawem i lewem, str. 60 za: Akta grodzkie lwowskie t.382, ss.713-722)

Dodatkowo pozwolę sobie zacytować niezrównanego polskiego poetę Juliana Tuwima i kawałek jego opowiadania „Ślusarz”:

„I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na iberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie zaś krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakrypować lochbajtla w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie śtendra, by roztrajbować ferszlus, który dlatego źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.”

Gwałt w Lesie Kabackim – pora na zdemaskowanie idiotyzmów

O Wokół sprawy zgwałcenia w Lesie Kabackim napisano tyle idiotyzmów, że pora wreszcie je skomentować.

Idiotyzm 1. Burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, napisał na twitterze:

Tragedia. Współczuję. Nie biegajcie po zmroku samemu w miejscach odludnych. Tylko jak ona biegła po ciemku?

Gdyby burmistrz Guział miał wiedzę o własnej dzielnicy, albo chociaż wszedł na wikipedię, to by wiedział, że na całym Ursynowie w 2012 roku nie zanotowano ani jednego zgwałcenia. A jest to aglomeracja wielkości średniego miasta wojewódzkiego – i zawiera w sobie także Las Kabacki. 

Kiedy ostatnio zgwałcono kogoś w Lesie Kabackim? W internecie nie ma wzmianki, a przecież byłaby afera w mediach – więc pewnie od kilkunastu lat nie było tam przypadku zgwałcenia kobiety przez nieznajomego.

Zatem pitolenie o niebezpieczeństwie biegania samotnie, o potrzebie odpowiedzialności, jest tylko pozornie racjonalne. Jeśli pan Guział ostrzega kobiety przed niebezpieczeństwem gwałtu na Ursynowie, to sto razy bardziej powinien ostrzegać przed niebezpieczeństwem wpadnięcia pod samochód. Niech kobiety będą odpowiedzialne! Niech nie wychodzą na ulicę, bo jeszcze będzie wypadek!

Wyobraźcie sobie, że po wypadku samochodowym na Ursynowie burmistrz komentuje: „Tragedia. Współczuję. Nie wychodźcie same z domu, przecież tam jeżdżą samochody. Jak ona w ogóle szła tą ulicą?”

Idiotyzm 2. Podczas gdy burmistrz Guział jedną ręką pisze prostackie komentarze na twitterze, to drugą ręką organizuje takie demagogiczne akcje:

Ursynów po gwałcie w Lesie Kabackim: będą bezpłatne szkolenia z samoobrony
(…)Wspólnie z byłymi żołnierzami GROM skupionymi w Grupie Reagowania Antykryzysowego, uruchomimy jeszcze we wrześniu bezpłatne szkolenia podczas których mieszkanki Ursynowa nauczą się podstawowych zasad postępowania w sytuacji napadu

Zorganizowane z doskoku jednorazowe szkolenia nikogo nie nauczą obrony przed przestępcą. I czego może nauczyć przeciętną obywatelkę o przeciętnej kondycji żołnierz z jednostek specjalnych? To jest hucpa i efekciarstwo. 

Akurat kogoś zgwałcili? Doskonała okazja, żeby wypromować się przed referendum.

Idiotyzm 3. Często w komentarzach internautów pojawiają się pozornie logiczne argumenty: „Dlaczego kobiety tak irytują się na apele o odpowiedzialne zachowanie? Przecież mężczyźni też muszą się chronić przed przestępstwami!”. Takie jak ten:

Też mnie wkurza, że muszę zamykać dom na klucz, że w pracy mamy alarm, a do skrzynki pocztowej muszę wpisywać hasło.

Analogia dobra tylko pozornie. Dobra byłaby, gdybyśmy żyli w kraju, gdzie są dwie kasty:

– Jedna nigdy nie zamyka drzwi na klucz, bo twierdzi, że nikt jej niczego nigdy nie kradnie. I wszyscy uważają to za oczywistość. Ta kasta jest uważana za nietykalną. Jakby się jakiś złodziej znalazł, to byłby uznany za zepsutego do szpiku kości zwyrodnialca. Czasem się tacy znajdują, ale… o tym się nie mówi.

– Natomiast druga kasta musi zamykać drzwi na zamki, bo z ich mieszkań wolno ukraść, jeśli drzwi są uchylone. Wtedy są tylko sami sobie winni. Co więcej, realne prawdopodobieństwo kradzieży jest niskie  (np. w 150-tysięcznej dzielnicy przez rok nie okradziono ani jednego przedstawiciela tej rzekomo narażonej kasty). Ale całe społeczeństwo jest przekonane, że niebezpieczeństwo owo jest niezwykle wysokie. Szczególnie kasta pierwsza pochyla się z troską nad kastą drugą i regularnie apeluje do jej odpowiedzialności w obliczu niebezpieczeństwa kradzieży. Kasta druga internalizuje sobie przekonanie o niebezpieczeństwie, rzadko wychodzi z domów, zaopatruje się w kosztowne zamki i kraty w oknach. Poza domem nękana jest przez obawy, czy aby tymczasem złodziej się nie włamuje. 

To jest ładnie pokazane tutaj: Na pewnym szkoleniu prowadzący zapytał – „Jakie kroki wy, faceci, czynicie codziennie, żeby uchronić się przed przemocą seksualną?” Cisza. A na to samo pytanie skierowane do kobiet lista codziennych środków ostrożoności była długa: „Nie chodzę po zmroku sama, biegam w towarzystwie psa, sprawdzam czy mam przy sobie telefon, noszę gaz w spray’u, mam nagrany męski głos na automatycznej sekretarce, noszę klucze w takim miejscu, by móc użyć ich jako broni, nie wsiadam do windy z obcymi facetami, na pierwszą randkę umawiam się w miejscu publicznym, nie chodzę na imprezy sama, pilnuję swojego drinka itp.” 

Idiotyzm polega na przeszacowaniu prawdopodobieństwa niebezpieczeństwa. Gdy ktoś pcha się w objęcia zagrożenia, wiedząc, że jest ono bardzo prawdopodobne, to jest nieodpowiedzialny, prawda? Ale gdy komuś zdarzy się mało prawdopodobny wypadek w ogólnie bezpiecznym miejscu – to nie nazwiemy go nieodpowiedzialnym. Otóż społeczeństwo przekonuje kobiety, że niebezpieczeństwo gwałtu jest wszechobecne. Nie ma bezpiecznych miejsc. Więc kobieta odpowiedzialna powinna mieć oczy dookoła głowy zawsze i wszędzie.

Jak widać na przykładzie statystyk bezpieczeństwa dla Ursynowa – przekonanie o niebezpieczeństwie czyhającym na kobiety jest nieracjonalne.

Druga strona tego idiotyzmu polega na zupełnie innym szacowaniu niebezpieczeństwa czyhającego na mężczyzn. Wrzućmy w google hasło „pobicia na Ursynowie„. Wyskakuje dużo wiadomości. Najwyraźniej pobić było więcej niż zgwałceń. I dotyczyły mężczyzn. Ale nie… Ursynów jest przecież bezpieczną dzielnicą!… Nikt nie apeluje do mężczyzn, żeby nie spacerowali sami po Ursynowie, zwłaszcza po zmroku, bo to nieodpowiedzialne.

Idiotyzm 4. Przekonanie, że odpowiedni ubiór ochroni przed gwałtem, a nieodpowiedni zwiększy prawdopodobieństwo gwałtu – czyli jest nieodpowiedzialny. Właśnie o tym pisała Lady Pasztet:  Na jakimś portalu sportowym Wujek Dobra Rada zamieścił poradę dla biegaczek, żeby unikały legginsów i ubierały się w luźne dresy.

Takie pomysły komentowałam już tutaj: Nie chodź wyzywająco ubrana do lasu . Nie udowodniono związku rodzaju ubioru z prawdopodobieństwem zgwałcenia. Interesujące, że policja ignoruje tę wiedzę. Niedawno na Śląsku

Podczas spektakularnej akcji katowicka policja zatrzymała seryjnego gwałciciela. Wcześniej napadł na cztery kobiety. Jechał autem za autobusem, którym podróżowała jego kolejna potencjalna ofiara – pisze gazeta.pl. Mundurowi zdradzają, że ubrane w minispódniczki policjantki chodziły po mieście, chcąc sprowokować sprawcę. Jednak wpadł przez swoje auto (dwie ofiary zeznały, że w pobliżu widziały fiata punto).

Ot, czego oczekiwać od policji, która do śledztwa wynajmuje jasnowidzów?

Gender gap w matematyce

Oto wyniki testów PISA 2009 (pdf). Mapa pokazuje różnicę pomiędzy dziewczynkami a chłopcami w testach z matematyki.

Otóż świat dzieli się na wschód i zachód. Na wschodzie świata (były blok radziecki, Skandynawia, Azja) nie ma różnicy w wynikach z matematyki między chłopcami i dziewczynkami. Na zachodzie świata jest różnica. A największa w krajach anglosaskich – Wielkiej Brytanii i USA.

Zawsze mówiłam, że kraje anglosaskie są pod wieloma względami bardziej patriarchalne niż kraje słowiańskie.

Ten rysunek pokazuje, jak bardzo bez sensu jest przeflancowywać lokalny feminizm z tamtych pozornie bardziej rozwiniętych krajów do Polski.

Jest to grzech polskiego feminizmu akademickiego i inicjatyw takich jak np. ten portal, który publikuje same tłumaczenia angielskojęzycznych tekstów feministycznych.  Zdaje się, że zwłaszcza dorobek akademicki feminizmu polskiego opiera się silnie na tym, co wypracowano w krajach anglosaskich, bo to one dominują w publikacjach naukowych. Problem w tym, że one nijak nie trafiają do polskich odbiorczyń, bo analizują problemy, których nie ma w naszej kulturze, a zaniedbują te specyficzne dla nas.

Budujące świadectwo

Rzadko, naprawdę rzadko ktoś tak szczerze przyznaje się do zmiany poglądów! Budujące!

Red. Jerzy Sosnowski z Trójki – dotychczas na swoim blogu dawał wyraz światotpoglądowi, który można by określić jako katolicyzm otwarty, lecz raczej konserwatywny. Dziś pisze:

Uważaliśmy, że (…) skoro zgłaszamy wobec życia erotycznego innych ludzi désintéressement, ten brak zainteresowania winien być także respektowany przez pary homoseksualne wzajemnością w postaci niedomówienia, co właściwie je łączy. Innymi słowy, wymiana uprzejmości miała polegać na tym, że my nie narzucamy im (oczywiście) heteroseksualnych oczekiwań, a oni nie konfrontują nas z homoseksualnymi zachowaniami (mam na myśli gesty, świadczące o zażyłości). (…)

Ale w Köln otworzyły nam się oczy (…). Chodzi o to, żeby homoseksualista nie musiał się starać być bardziej niewidzialny, niż heteroseksualista. 

Tak, całowali się przy nas jacyś mężczyźni i przytulały do siebie kobiety. I jakąś szkodę nam to przyniosło? Ano nie, właśnie.