Teoria ewolucji w służbie konserwatyzmu
Popularne jest ostatnio w mediach prezentowanie pozornie logicznych „wyjaśnień” różnych współczesnych zjawisk społecznych za pomocą teorii ewolucji. Nazwę to „psychologią ewolucyjną”. Specjalnie cudzysłów, żeby uniknąć zarzutu, że istnieją też poważne badania naukowe z psychologii ewolucyjnej (choć są także głosy krytyczne wobec metodologii wielu takich badań). Ale to co podaje się w mediach jako „psychologię ewolucyjną”, to jest papka nie mająca już nic wspólnego z nauką.
Różni blogerzy [1,2,3,4] zajęli się już krytykowaniem poszczególnych artykułów i medialnych argumentów pojawiających się w tej papce. Ja natomiast chcę tutaj wyjść o poziom wyżej i pokazać, po co w ogóle ta „psychologia ewolucyjna” jest.
Co jest tak chwytliwego w „psychologii ewolucyjnej”? To, że podaje ona ciągi zdań, które brzmią logicznie. Odbiorca słysząc, że coś brzmi logicznie, przyjmuje to jako prawdę. Tymczasem zdanie logiczne wcale nie musi być prawdziwe!
W argumentach „psychologii ewolucyjnej”, z jakimi spotykam się w polskich mediach, pojawiają się dwa błędy:
Błąd 1. Stosowanie niesprawdzonych przesłanek. W przypadku, gdyby okazały się one nieprawdziwe, to „wyjaśnienie” nadaje się do kosza. Ale cały myk polega na tym, że zazwyczaj nie da się ich sprawdzić. Pokażę na przykładzie, że mogę jednak wymyślić równie dobre (i równie niesprawdzalne) alternatywne argumenty, które zaprzeczają tym oryginalnym i burzą cały „dowód”.
Przykładowe pytanie: Dlaczego w naszym społeczeństwie kobiety są statystycznie bardziej monogamiczne od mężczyzn?
Logicznie brzmiące „wyjaśnienie”: Kobiety są monogamiczne, bo muszą utrzymać jednego partnera, aby dostarczył im zasobów podczas gdy one wychowują dziecko.
Niesprawdzona przesłanka: Ludzie pierwotni żyli tak jak my obecnie, w samowystarczalnych rodzinach składających się z mamy, taty i dzieci. Samotna mama siedziała w jaskini z dziećmi, a tata – samotny myśliwy – polował. Istni Flintstonowie, czyli amerykańska rodzina z lat 50. w jaskiniowych dekoracjach.
Mój alternatywny argument: Ludzie pierwotni mogli żyć w większych gromadach żyjących na zasadzie kooperacji. Zamiennie pewna grupa zajmowałaby się dziećmi pozostałych, a tamci zajmowaliby się poszukiwaniem jedzenia. Wewnątrz takiej gromady monogamia nie byłaby do niczego potrzebna. Za moją wersją przemawia to, że w warunkach dzikiej przyrody ciężko byłoby przeżyć grupie złożonej tylko z dwojga dorosłych ludzi, przy czym w dodatku tylko jeden z nich może w pełni oddać się poszukiwaniom pożywienia. Kto mi udowodni, że tak nie było na odpowiednio wczesnym etapie dziejów ludzkości? A jeśli tak było, to kto mi udowodni, że nie zostawiło to u kobiet genu poliandrii, która została tylko przykryta przez późniejsze wzorce kulturowe?
Zastrzeżenie: Uwaga! To nie znaczy, że moim zdaniem ja mam rację, a „psycholodzy ewolucyjni” nie! Należałoby to dopiero udowodnić. A jak udowadnia się w naukach przyrodniczych? Wykonując powtarzalne eksperymenty. Powodzenia.
Jak na razie nie udowodniono, że psycholodzy ewolucyjni na pewno nie mają racji. Ale też, uwaga, w chwili obecnej nikt mi nie udowodni, że to ja nie mam racji!
Ja tylko podaję przykład alternatywnych stwierdzeń, w które np. osobiście wolałabym wierzyć, bo są fajne i utwierdzają mnie w mojej wizji świata, ale które – podobnie jak twierdzenia „psychologów ewolucyjnych” – tak naprawdę nic nie wnoszą do naszego poznania rzeczywistości.
Błąd 2: Przesłanki danego twierdzenia są niespójne z przesłankami innego twierdzenia. Czyli wybieramy to, co w danej chwili nam bardziej pasuje.
Przykładowe pytanie: Dlaczego więcej Polek ma dzieci z Brytyjczykami, niż Polaków z Brytyjkami?
Wyjaśnienie: Bo nasi najbliżsi kuzyni, szympansy, są egzogamiczne, t.j. samica opuszcza rodzinną grupę, przyłącza się do innej grupy, i dopiero tam ma dzieci.
Przesłanka: Powołujemy się na szympansy, ponieważ są nam najbliższe genetycznie.
Niespójność: Każdą tezę „udowadniamy” używając przykładu innego zwierzęcia, którego zachowanie akurat bardziej pasuje do tej właśnie tezy, a przemilczając przypadki niepasowania. „Psycholodzy ewolucyjni” powołują się na szympansy tylko tam, gdzie im wygodnie. Jeśli już twierdzimy, że ludzie są tak podobni do szympansów, iż można wyciągać z tego wnioski na temat ludzkich społeczeństw – to dlaczego w sprawie monogamii nie powołujemy się na bonobo, które uprawiają seks każdy z każdym dla towarzystwa i dla złagodzenia obyczajów?
(I znów stosuje się tu Zastrzeżenie, które podałam wyżej.)
Z błędów 1 i 2 wynika błąd podstawowy: Przekonanie, że „psychologia ewolucyjna” cokolwiek wyjaśnia.
„Psychologia ewolucyjna” niczego nie wyjaśnia, lecz jedynie utwierdza nas w dotychczasowych przekonaniach i daje nam oręż, by nakazywać innym dostosowanie się do tych naszych przekonań.
Błędy 1 i 2 pozwalają na fabrykowanie dowolnych argumentów. Wówczas logicznie brzmiące wywody tylko udają, że coś wyjaśniają. W rzeczywistości cała ta zabawa jest to tylko dobieranie argumentów pod z góry przyjętą tezę.
Po co wkładać tyle energii w wykreowanie tej czy innej tezy? Otóż po to, aby powiedzieć ludziom, że skoro Bozia tak dała ewolucja tak dała, to tak musi być. A więc jest to teza do szpiku kości konserwatywna. Co ciekawe, konserwatyści uważani są często za niechętnych teorii ewolucji. A tu proszę, już 150 lat po Darwinie przetrawili tę nowinkę tak dobrze, że stała się dla nich młotem na czarownice.
A jest to subtelniejszy młot, bo gdyby konserwatysta chciał coś tłumaczyć „zamysłem Bożym”, to ludzie by powiedzieli: „E tam, skąd ty wiesz, co Bóg myśli, a w ogóle to ja np. nie wierzę w Boga”. A teraz – uuu… nie powiedzą przecież: „Ja nie wierzę w ewolucję”…!
Zauważmy, że „psychologia ewolucyjna” zajmuje się właśnie tymi sprawami, które są przedmiotem największych społecznych przemian. Są to: pozycja kobiet w społeczeństwie i obyczaje seksualne kobiet. A im bardziej coś się zmienia na naszych oczach, tym bardziej konserwatyści starają się udowodnić, że to jest niezmienne.
Robią to mówiąc: „Nie możecie tego zmieniać, bo jest to porządek na wieki wieków stworzony przez ewolucję!”. Może przetłumaczę, co stoi za tym stwierdzeniem: „Jeśli robicie coś, czego ewolucja nie przewidziała, to dokonujecie herezji przeciwko naturze!”.
Myślę, że już dostatecznie głęboko rozgrzebałam pokłady myśli konserwatywnej, żeby czytelnicy zauważyli, jakie nonsensy przezierają z ich dna. Przecież jasne jest, że cywilizacja z powodzeniem działa przeciwko naturze – ewolucja nie przewidziała ratowania wcześniaków, leczenia chorych, podróży inaczej niż na własnych nogach etc. Ale powiedzieć komuś: „robisz coś wbrew naturze!” jest wciąż silnym emocjonalnym batem na ludzi. Dlaczego? Bo z tyłu głowy ludzie tłumaczą to sobie: „jesteś nienormalny!”. To jest milczące utożsamienie: „natura = normalność = to, co robi większość społeczeństwa”. Ale to nie ma nic wspólnego z przyrodą.
Obrońcy życia a tortury
Ciężka praca przy analizie ruchu lotniczego
Michał Tusk, syn premiera, został przez dziennikarzy zapytany o pracę w niesławnej firmie OLT Express.
Jak wyglądała współpraca z OLT?
– Przez telefon bądź mailem Frankowski prosił o konkretne materiały: propozycje kierunków i ułożenie lotów, aby umożliwić przesiadki. Kilka razy siedziałem do białego rana i dłubałem w Excelu i PowerPoint.
Nie wiedziałam, że zagadnienie optymalizacji połączeń lotniczych rozwiązuje się w Excelu i PowerPoincie… ;-D
Internauta vv8v8v8b8b9 skomentował jeszcze złośliwiej:
Nie – analiza była w PowerPoint, w Excelu wyliczył VAT do faktury, którą im wystawił. Podobno przy tym 3 razy dzwonił do Rostowskiego z pretensjami, że jak to jest, jak doliczy do 10000 VAT 23% to faktura wychodzi na 12300, a jak sobie policzy ile to jest % 2300 z 12300 to wychodzi tylko 18,7%. Że to jakiś szwindel musi być.
Outsiderów kochamy, byle nie naszych
Bez podziału na płeć, bez arabskiego folkloru. (…) Muzułmanki, które tu można spotkać, nieczęsto można zobaczyć w hidżabie. (…) Nie obchodzi mnie arabska obyczajowość. Bo niby dlaczego mam nie być sobą?
To już drugi w ostatnich czasach artykuł (pierwszy tu), gdzie Tygodnik Powszechny pisze ciepło o religijnych outsiderach… ale islamskich. Wszystko pięknie, lecz czy tak samo ciepło – ba, czy w ogóle – odważyłby się Tygodnik pisać o outsiderach katolickich?
To jest łatwo – mówić, że tamci muzułmanie są bliżsi wartościom europejskim i pokazywać ich jako przykład „dobrego muzułmanina”, takiego do dialogu z katolicyzmem. Ale pamiętajmy, że oni naprawdę są na ogonie krzywej Gaussa. I mainstreamowi muzułmanie traktują ich jak dziwaczny margines, nieprawdziwych muzułmanów. Mniej więcej tak, jak katolicki mainstream traktuje „wybiórczych katolików”, „katolików niepraktykujących”, „katolików, ale”.
To może wyglądać troszkę dwulicowo – u swoich popierać mainstream, ale u tamtych – popierać margines. I tylko nie mówcie mi, że Tygodnik przecież wcale nie jest konserwatywny i popiera różnorodność w Kościele! Gdyby Tygodnik napisał o „marginalnych” katolikach równie szczerze, że nazywają katolickie rytuały folklorem, oraz że odrzucają wiele katolickich norm obyczajowych jako kulturowy przeżytek – to czy w ogóle nazwałby ich katolikami?
I pomyśleć, że w prasie katolickiej…
Pierwszy w polskiej prasie tak szczery artykuł na temat wychowania seksualnego… I pomyśleć, że pojawił się w prasie katolickiej!
Bez hipokryzji, bez tabu – Miesięcznik Znak publikuje rozmowę z Alicją Długołęcką, pedagożką i edukatorką seksualną.
Artykuł szczery, bo w przeciwieństwie do innych – zarówno w prawicowych, jak lewicowych mediach – nie lukruje rzeczywistości: Krytykuje nauczanie dzieci tak, jak gdyby świat wkoło był wyidealizowany zgodnie z życzeniami wychowawców.
- Po raz pierwszy specjalista mówi otwarcie, że nie ma złudzeń, co 10-letnie dzieci robią w internecie, i że nie da się tego uniknąć – trzeba więc uświadamiać, nim dziecko nauczy się używać internetu.
- Po raz pierwszy specjalista mówi otwarcie, że dzieci należy uświadamiać, zanim zapytają. Wbrew modnej opinii, że trzeba czekać, aż dziecko samo zainteresuje się tematem. Wtedy już za późno.Tego pani Długołęcka nie powiedziała wprost, ale ja wyciągam z jej słów następujący wniosek: Zwykle, skoro dziecko jest w stanie w ogóle sformułować pytanie, to znaczy, że skądś już uzyskało jakąś informację. Wtedy odpowiedź rodzica często jest już jedynie sprzątaniem szkód.
Dorośli robią dwa jednoczesne błędy w traktowaniu dziecka: Z jednej strony oczekują, że dziecko to tabula rasa, którą można zapisać wyłącznie własną treścią. Ale z drugiej strony, oczekują po dziecku zdolności formułowania pytań – tak jak gdyby dziecko ogarniało już ogół tematyki i wiedzialo, o co w ogóle można pytać.
(Ktokolwiek studiował, ten przeżył choć raz w życiu taki moment, gdy wykładowca miał pretensje: „-To dlaczego państwo nie pytali?”, a jedyną możliwą odpowiedzią było: „-Nie wiedzieliśmy w ogóle, o co pytać.” Skoro takie trudności przeżywają studenci, to jak można oczekiwać od kilkuletniego dziecka, że zada pytanie bez znajomości kontekstu.)
- Po raz pierwszy specjalista zwraca uwagę na ciekawy mechanizm: Zbyt późne uświadamianie wchodzi w kolizję z dorastaniem dziecka do separacji od rodziców:Ingerencja rodzica w tym wieku, jeśli wcześniej nie podejmowano w domu tego tematu, jest niezwykle zawstydzająca dla nastolatka i staje się wtedy pewnego rodzaju nadużyciem emocjonalnym.(…)
Małemu dziecku przychodzi to o wiele łatwiej – seks jest abstrakcją i wiedza, że jest ono owocem miłości, również fizycznej, może być źródłem radości. Natomiast w wieku kilkunastu lat jest to już o wiele trudniejsze, bo włącza się kategoria pożądania i silne tabu kazirodztwa.
Jeżeli budzi się w człowieku pożądanie, on musi się od rodziców odseparować. I mimo że wielu rodzicom się to nie podoba, jest już za późno na rozpoczynanie rozmów.
- Po raz pierwszy specjalista mówi otwarcie, że nie można wciskać dzieciom, iż wszelka pornografia to ZUO, wiedząc, że większość za parę lat – jako nastolatki – będzie się przy niej masturbować.
Odświeżające, przeczytać w warunkach polskich tekst w tak dużym stopniu pozbawiony obłudy.
A mogli pójść do sklepu i kupić…

„A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: Miejsce to jest puste i pora już spóźniona. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności!
Lecz Jezus im odpowiedział: Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść! Odpowiedzieli Mu: Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb. On rzekł: Przynieście Mi je tutaj! Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom.
Jedli wszyscy do sytości, i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.”
(Mt 14:15-21)
Patrz też:
Dalej, bryło, z posad świata!
Jest to rzecz historyczna – pierwsze od dawna wydarzenie polityczne w Polsce, w ogóle nie wykreowane przez media! Przeciwnie, media starają się pisać o nim jak najskąpiej (przynajmniej do dnia dzisiejszego) i z dystansem. Młodzi ludzie z różnych miast pisali w internecie, że ich rodzice nie mieli pojęcia o protestach – bo czerpią informacje z telewizji, a nie z facebooka czy z wykopu.
Jest też coś, czego nikt dotąd nie zauważył – w tych protestach różnica pokoleniowa zaznacza się również tym, że zaczynają mieć wydźwięk antyamerykański. Antyamerykańskie głosy podnoszą się np. na wykopie i na facebookowej stronie sympatyków ruchu Piratów. Na filmie z jednej manifestacji widziałam jak niesiono flagę amerykańską odwróconą do góry nogami. Młodym ludziom wiadomo, kto najwięcej zarabia na obecnym kształcie praw autorskich.
Dla Polski jest to ważna różnica pokoleniowa. Pokolenie obecnie będące u władzy i u mediów jest jak jeden mąż proamerykańskie. Niezależnie, czy jest to lewica, czy prawica. Wynika to z przyczyn historycznych – dla ludzi wychowanych w PRL Stany Zjednoczone były imperium dobra, były kimś, kto pomaga, kimś, kto promieniuje na świat wolnością i dobrobytem. To już dawno nieprawda, ale ludzie trwają w tych przekonaniach. A czy na pewno nie ma w Polsce nikogo, kto czerpie szczególne korzyści z lobbowania na rzecz USA? To znamienne, że choć swobodnie mówi się w mediach o agenturach i wpływach rosyjskich w Polsce, to nie mówi się o amerykańskich… Zdziwiłam się, gdy w niedawnym oświadczeniu prokurator – niedoszły samobójca poruszył wątek amerykańskich agentów, a media otoczyły ten wątek kompletnym milczeniem. Sprawa więzień CIA w Polsce jest wciąż tematem tabu. Teraz, przy sprawie ACTA, media zaczęły zwracać uwagę na amerykańskie przegięcia. Ta reakcja sugeruje zmianę mentalną. Być może pisze się właśnie nowy rozdział naszej przyjaźni z ukochanym sojusznikiem.
Ja natomiast popieram protest przeciwko ACTA przede wszystkim z szerszego powodu. Nie mam wątpliwości, że prawa autorskie w obecnym kształcie kiedyś zostaną gruntownie zmienione. Ponieważ są one archaiczne i przy dzisiejszej technologii ich filozofia staje się niespójna. Pytanie tylko, kiedy to się stanie. Im prędzej, tym lepiej.
Dlaczego sprawa praw autorskich jest dla mnie tak ważna: Na większość spraw publicznych mam poglądy wolnorynkowe. Ale jest jedna kwestia, w której jestem skrajnym lewakiem – sprawiedliwy dostęp do wiedzy i dóbr kultury w internecie. Bardzo wiele jestem w stanie oddać we władanie niewidzialnej ręki rynku – ale nie to.
Bo tylko równy dostęp do wiedzy i dóbr kultury – dla nawet najbiedniejszych – daje ludziom do ręki wędkę, a nie rybę.
Koledzy z Instytutu Fizyki UJ, zastanówcie się, czy zrobilibyście wasze doktoraty bez choć jednego podręcznika skserowanego przez kogoś w zagranicznej bibliotece? Albo zajrzyjcie do instytutowej biblioteki i sprawdźcie, ile stoi tam rosyjskich tłumaczeń najlepszych zachodnich podręczników. Na nich wychowali się wasi profesorowie. Wszystko to piractwo.
Moim zdaniem darmowy dostęp do internetu powinien być jednym z praw człowieka. A prawa autorskie w internecie powinny zostać jak najmocniej ograniczone. W interesie postępu cywilizacyjnego całego świata, ale zwłaszcza jego biednych części.
Mam dziś radochę, gdy patrzę: Ludzie ze środowisk młodej polskiej lewicy raczyli mnie czasem nazywać „prawakiem”. A dziś to oni bronią starego porządku, kapitalistów i wyzyskiwaczy – a ja, jak klasyczna lewica, ruszam bryłę z posad świata…
To co się teraz dzieje, to nie jest tylko spór o jeden dokument prawny. To jest spór o nowy kształt cywilizacji. Z nami czy bez nas, Partie Piratów – cząstki ogólnoświatowego ruchu na rzecz sprawiedliwego dostępu do wiedzy i dóbr kultury – powstaną prędzej czy później w różnych krajach na świecie i ich idee zostaną wprowadzone w życie. Nie da się długo utrzymywać wstecznictwa (że tak pojadę starym lewicowym slangiem). Przypuszczałam, że pierwsze liczące się w Polsce ugrupowanie podzielające idee ruchu Partii Piratów powstanie może za 10 lat. Być może możemy spowodować, że stanie się to szybciej.
* Dalej, bryło, z posad świata! – Adam Mickiewicz, Oda do Młodości
Kpt. Protasiuk: „Da się im poznać wtedy, co oni robią”
Spisałam kilka uwag (KLIKNIJ TU!), które mnie i Leszlongowi nasunęły się podczas czytania nowego transkryptu zapisu czarnych skrzynek z katastrofy smoleńskiej. Pojawiło się tam kilka dziwnych i ciekawych wątków.
Nie mam nic wspólnego z lotnictwem i wiem, że narażam się na zarzut niekompetentnych dywagacji. (Ale z kolei któż się tym teraz przejmuje w mediach i polityce? To ja mam się przejmować?) Nie twierdzę, że mam rację. Ale wydaje mi się, że pora, żeby ludzie podyskutowali nad konkretami z materiału źródłowego. Bo, to co zapodają w tej chwili media, to skupianie się na rzeczach nieistotnych i z drugiej ręki.
Zwracam uwagę na zaniedbywany przez media fakt, że załoga naprawdę za słabo znała rosyjski.
Lecz mój najważniejszy wniosek jest taki, że z gen. Błasikiem czy bez – załoga była pod presją. W pewnym momencie rozmawia o tym, żeby zawrócić do Warszawy – „Da się im poznać wtedy, co oni robią.”
Czy gen. Błasik był w kokpicie i wpływał na załogę? Nie wiem. Ale znalazłam dziwny fragment, gdzie ktoś (kto?) mówi do załogi: „Siadajcie.”
Znalazłam też coś, co brzmi dla mnie szczególnie dramatycznie. Podczas schodzenia do lądowania jest moment, w którym – chyba??? – załoga o mało nie połapała się, że zrobiła błąd w ocenie wysokości. Wtedy jeszcze mieli szanse ten błąd naprawić.
—
P.S. Twoserge podsunął mi ciekawy trop, o co mogło chodzić z tym „dobrym rańcem”…
Po białorusku mówi się: „dObraj rAnicy”. To słowo podsunął drugi pilot, Robert Grzywna. Ale potem ktoś go poprawił – dowódca? Protasiuk to nazwisko białoruskie, może pochodził z Podlasia? Oni to mówili do wieży kontrolnej w Mińsku. Może któryś z nich wiedział, że do Białorusinów można tak powiedzieć?
Oni już wiedzą
Polecam tę
książkę: Barbara Demick, Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej.
Jest to reportaż na podstawie rozmów z uciekinierami z Korei Północnej, o tym jak wyglądało życie codzienne w tym kraju od lat 90. do dziś.
Bardzo ciekawy. Wynika z niego, że być może w czasach, gdy kręcono film Defilada, Koreańczycy z północy autentycznie wierzyli w system i Wielkiego Wodza. Ale potem przyszedł głód lat 90., a jednocześnie skok cywilizacyjny w Chinach i wiara posypała się.
W zależności od wiatrów politycznych, granica z Chinami jest bardziej lub mniej szczelna i sporo Koreańczyków szmugluje przez nią towary (permanentna ucieczka jest trudniejsza, ale też nie tak rzadka, jak kiedyś). Koreańczycy z północy odbierają nielegalnie telewizję z południa. Rząd jest zmuszony półgębkiem tolerować drobnych prywatnych przedsiębiorców, a raczej przedsiębiorczynie – kobiety handlujące na bazarach. Bez bazarów ten kraj zupełnie by się załamał.
W system nikt już nie wierzy, choć aparat represji jest tak silny, że wciąż wszyscy się boją. Wciąż też funkcjonuje system kastowy, który nie pozwala żenić się ze sobą obywatelom niższych i wyższych kategorii, obywatelom lepszym pozwala mieszkać i uczyć się w stolicy i mieć względny komfort (działające ogrzewanie w akademiku, jedzenie w stołówce). Jeden z bohaterów książki – młody naukowiec, który poprzez studia dochrapał się awansu do kasty uprzywilejowanej i posady na uniwersytecie w Pjongjangu – mówi, że nawet w gronie jego kolegów, elity pozornie zawdzięczającej wszystko systemowi, panuje cicha niewiara w system. Ale i strach. Wszyscy dalej chodzą na sobotnie kursy ideologiczne i siedzą na nich z kamiennymi twarzami. Myślą swoje, choć z nikim się tym nie dzielą.
To, co przeczytałam, przypomina mi w jakiś karykaturalny sposób atmosferę lat 80. w Polsce. Przy całym szacunku dla proporcji, bo u nas nie było ani w drobnym ułamku takiego aparatu represji, ani dziedzictwa religijnej wiary w system i przywódcę, ani umierania z głodu, ani systemu kastowego. Ale ten proces rozpadu systemu jest jakoś podobny.
Drobne materialne symbole przypominają mi o tym – bohater reportażu widzi w reżimowej gazecie zdjęcie strajkującego robotnika z południa. Artykuł oczywiście mówi o tym, jak w Korei Południowej jest źle i strasznie robotnikom. Lecz młody człowiek oglądający zdjęcie ze zdziwieniem dostrzega, że… robotnik ma bluzę na zamek błyskawiczny, a w kieszeni własny długopis! Te dwie rzeczy są w Korei Północnej rarytasami nie dla robotnika! Niewydolna gospodarka nie jest w stanie ich wyprodukować! …Skądś jest mi znajome to uczucie.
Przychodzi mi na myśl wspomnienie jak żywcem wzięte z komiksu Marzi: Gość ze Szwajcarii zostawia w samochodzie taty paczkę zachodnich(!!!) chusteczek higienicznych. Oglądamy je z ogromną uwagą i respektem – są miękkie, a nie sztywne; pachną!; opakowane w miękką folię, a nie w twardy, pękający celofan; mają granatowy nadruk z gradientem – ten gradient szczególnie mnie zachwycił, była to rzecz nieosiągalna przez rodzimy przemysł… Podobne uczucia przeżywają w książce Koreańczycy z Północy na widok chińskiego szybkowaru do ryżu, chińskich ubranek dziecinnych w jarzących kolorach… Najbardziej ekstremalnym przykładem jest uczucie pewnej Koreanki na widok zawartości psiej miski w Chinach. Oni już się dowiedzieli, że mają czego zazdrościć światu.
