Porachunki narodowe

Stefan Kisielewski

Porachunki narodowe

Tygodnik Powszechny 24, 2.9.1945

Artykuł Wojciecha Kętrzyńskiego „Warszawa 1944″ (Tygodnik Powszechny” Nr. 21) nie może przejść bez echa – zwłaszcza wśród ludzi z Warszawy, dla których zniszczenie tego miasta stało się obok tragedii narodowej – tragedią osobistą. Artykuł Kętrzyńskiego jest jednostronną próbą wytłumaczenia psychologicznych pobudek powstania, przy tym – rzecz charakterystyczna – autor utożsamia nastroje pewnych grup społeczeństwa warszawskiego z nastrojem ogółu, dochodząc w ten sposób do twierdzeń fałszywych. Przykładem może być następujące zdanie: „…stwierdzamy wyraźnie, że w momencie wybuchu powstania społeczeństwo polskie zdawało sobie sprawę z beznadziejności podejmowanej walki…” Dla każdego, kto był wtedy w Warszawie, rzeczą oczywistą jest, że było akurat przeciwnie: wszyscy byli pewni, że walka potrwa krótko i zakończy się sukcesem – błyskawiczne tempo ofensywy sowieckiej i przykłady innych miast polskich, zdawały się być tego gwarancją. Powstanie Wydawało się konieczną ale niezbyt ryzykowną demonstracją: na. naszym terenie Niemcy biją się z Rosjanami, a więc i my nie możemy pozostać bierni, my też musimy wziąć udział w walce, żeby zadokumentować swoje istnienie i swoją – jak się wyraża Kętrzyński – suwerenność. Walka ta, stwierdzić to trzeba kategorycznie, przedstawiona została społeczeństwu warszawskiemu jako krótkie i pozbawione ryzyka intermezzo, jako manifestacja naszej woli i naszej niezależności. W przeciwnym razie, gdyby społeczeństwo znało istotną stawkę tej walki t.j. całkowite zniszczenie Warszawy i śmierć setek tysięcy ludzi – dziewięć dziesiątych Warszawian opowiedziałoby się przeciwko rozpoczynaniu powstania. Jedna dziesiąta natomiast opowiedziałaby się mimo wszystko za walką. Tę jedną dziesiątą stanowiła młodzież. Bo tragedia powstania warszawskiego, to przede wszystkim tragedia – warszawskiej młodzieży.

Młodzież, która rozpoczęła powstanie, to młodzież, dojrzewająca w warunkach okupacyjnych. Młodzież, mająca wciąż przed oczyma przejawy straszliwego, niebywałego w historii terroru niemieckiego, młodzież, żyjąca tylko jedną myślą: zemsty, młodzież zajęta bez reszty żarliwymi przygotowaniami do akcji zbrojnej. A jednocześnie jest to młodzież, która wzrastając w warunkach wyjątkowych, niespotykanych dotąd na przestrzeni naszej historii, nie mogła zdawać sobie dokładnie sprawy, Co to właściwie jest Polska, jej historia, jej polityka, jej sztuka, i zrozumieć w pełni tę banalną prawdę, że o istnieniu narodu decyduje istnienie jego odrębnej i niezależnej kultury, tak duchowej jak i materialno-cywilizacyjnej, jest to młodzież pozbawiona właściwie przez potwornie nienormalne warunki życia kontaktu z prawdziwą tradycją polską i atmosferą wolnej Polski, a także z orzeźwiającą atmosferą intelektualną wielkich demokracyj Zachodu. Dla młodzieży tej jedynym celem życia była owa wymarzona walka – młodzież ta miała, jak to określa Kętrzyński, „zbiorowy uraz psychiczny” i nie było dla niej innego wyjścia jak tylko powstanie. Ilustruje ten stan rzeczy świetne powiedzenie Wiesława Wohnouta: powstanie warszawskie było błędem politycznym, nonsensem militarnym i – koniecznością psychologiczną.

W tych warunkach – gdy ktoś oddaje całego siebie aa usługi jednej, nieodpartej konieczności psychicznej, siłą rzeczy stosunek jego do wszelkich innych spraw staje się mniej intensywny, obojętniejszy. Młodzież warszawska była – nie zdając sobie z tego sprawy – obojętna w stosunku do kultury polskiej, której pomnikami były warszawskie gmachy, kościoły, biblioteki, wobec zasobów materialnych, nagromadzonych w Warszawie, wobec tej sumy wielkiej pracy pokoleń, jakiej wytworem była Warszawa. Młodzież nie zawahała się postawić to wszystko jako stawkę w walce, która miała jej dać za to wyładowanie niewyżytych potrzeb bohaterstwa, ofiary i walki. Walki o co? Kętrzyński definiuje to dwoma słowami: o honor i suwerenność.

Cóż to jest honor? Pojęcie nader wieloznaczne, w różnych epokach i różnych krajach interpretowane bardzo rozmaicie, przy tym rzecz zasadnicza: zupełnie na czym innym polega honor jednostek, czym innym zaś jest honor państw i narodów. Wielkie mocarstwa jak Anglia czy Francja wielokrotnie nie wahały się rezygnować ze względów tzw. honoru dla prowadzenia realistycznej i trzeźwej polityki. Wielokrotnie ministrowie i ambasadorowie angielscy dostawali „prztyczki w nos” od przedstawicieli innych krajów i chowali obelgi do kieszeni, wielokrotnie Anglia nie dotrzymywała zobowiązań militarnych, wiedząc, że sprawa jest beznadziejna. Bo dla narodów, rozporządzających prawdziwym realizmem i prawdziwym instynktem racji stanu ważniejszą rzeczą jest istnieć jako naród, niż walczyć o jednostkowy „honor” – honor, pojmowany u nas w sposób dosyć formalistyczny i skostniały (unosi się nad nami jeszcze duch doktrynerskich „kodeksów honorowych”). „Naród naprawdę męski nie walczy nigdy do ostatniej kropli krwi” napisał kiedyś Ludendorff – typowy przecież nacjonalista. I to jest prawda: powstanie warszawskie tak jak i inne nasze powstania nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest – istnienie narodu ponad wszystko. W naszej sytuacji walka o honor kosztem 30% polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego (taki bowiem procent co najmniej stanowiła Warszawa) była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności nieopanowania i – nie-przemyślenia.

Zważmy, że tak przysłowiowo już indywidualnym honorem się kierujący naród jak Japończycy, nie zawahał się zrezygnować z nakazów owego honoru i skapitulować, gdy stanął przed alternatywą zniszczenia kraju. Bo na tym polega prawdziwy patriotyzm, patriotyzm obciążony instynktem życia. Instynkt życia, nakazujący cierpliwość, ostrożność, powściągliwość, subtelność taktyczną w dążeniu do celu zasadniczego posiadają oprócz państw wielkich i takie narody jak Czesi, Szwedzi, Szwajcarzy. My natomiast mamy przedziwny instynkt życia a rebours, który w praktyce staje się – instynktem śmierci. Tak bardzo tęsknimy do wielkości, do walki, do zwycięstwa, tak nam spieszno do winobrania, że pomijamy poprzedzające je żmudne psychicznie etapy pracy i w rezultacie – osiągamy całkowite fiasko, spadamy na samo dno, Polska zawsze jest żebrakiem i płaczką Europy, sprawa polska zawsze jest kłopotliwa, dwuznaczna, siejąca ferment, niecierpliwiąca; historia Warszawy nie ma precedensów w dziejach Europy. Dlaczego? Jeśli odrzucimy koncepcje mesjanistyczne, że Polska cierpi za wszystkich i jest upostaciowanym „wyrzutem sumienia”, to pozostaje jedna tylko odpowiedź: obok walorów jak odwaga, poświęcenie, bohaterstwo brak nam – męskiego, opanowanego realizmu.

Drugim hasłem, które przytacza Kętrzyński obok honoru jest walka o suwerenność. O jaką? Pod tajemniczym tym zdaniem kryje się bardzo prosta treść: obawiając się, że po odejściu Niemców popadniemy pod okupację rosyjską, postanowiliśmy opanować Warszawę na własną rękę, aby zaznaczyć przed światem naszą wolę do niepodległości i niezależności. Demonstracja ta byłaby rzeczywiście demonstracją gdyby trwała trzy dni. Natomiast swojej niezależności militarnej wobec takich ścierających się potęg jak Niemcy i Rosja rzecz prosta zademonstrować nie mogliśmy; dlaczego? – bo jej nie posiadaliśmy. Więc – demonstrację tę przenieść należało na teren wyłącznie polityczny. A właśnie na terenie politycznym przegraliśmy, dzięki nierozważnej, niecierpliwej, pozbawionej realizmu polityce. Bohaterstwo warszawskiej młodzieży stało się w tragicznym obrocie rzeczy przyczyną zniszczenia naszego jedynego milionowego miasta, zniszczenia bezcennego dorobku kulturalnego, który był najdobitniejszą demonstracją naszej niezależności i odrębności, zniszczenia dorobku materialnego pokoleń, który był orężem naszego, przetrwania, zniszczenia wreszcie i rozproszenia najbardziej świadomego, aktywnego i zwartego środowiska polskiej inteligencji, które promieniowało polskością na cały kraj. To jest fakt historyczny i nie zmienią go mało dla mnie przekonywające wywody p. Kętrzyńskiego, że Warszawa bez powstania także uległaby zniszczeniu. Możliwe – ale nie konieczne – to, co by było gdyby… – nie może stanowić argumentu w poważnych rozważaniach.

Wywody niniejsze nie mają za zadanie dokładnej analizy politycznej powstania – jak słusznie pisze Kętrzyński – jeszcze na to za wcześnie i za mało znamy faktów. Chodzi mi o analizę motywów psychologicznych które p. Kętrzyński: przedstawia w sposób nieścisły i budzący wątpliwości. Postawa psychiczna, którą tu zobrazowaliśmy nie była postawą całego społeczeństwa warszawskiego – była postawą młodzieży. Społeczeństwo w większości swej nie uważało wcale, że musimy wziąć udział w walce, że koniecznie do porażki wrześniowej 1939 r. dołożyć trzeba drugą próbę, że polskość zademonstrować można tylko szablą, że mało jeszcze złożyliśmy ofiar. Przeciwnie: społeczeństwo warszawskie wykazało w straszliwych, okupacyjnych czasach wielką dozę realizmu i żywotności. Zwykło się u nas z oburzeniem mówić o tych, co dorobili się w czasie okupacji. Ja osobiście przyznać się muszę, że dobrobyt Warszawy pod okupacją był dla mnie zawsze zjawiskiem imponującym, które podtrzymywało mnie na duchu jako dowód niezależności psychicznej i woli do życia naszego pokolenia, pokolenia, co nie zgodziło się dostosować swego stylu egzystencji do ponurych, prymitywnych warunków i norm, narzuconych nam przez okupanta. Zarzucano Warszawie, że zarabiała pieniądze „na spółkę” z okupantem.

Cóż z tego? Zdolność do pozornych ustępstw, do podstępu, do wyzyskania wroga – to tylko dowód żywotności i woli do życia. Wiem, że wśród naszych ,,ideologów” niepopularne jest to stanowisko; istotnie – sformułowanie go jako hasła jest dla psychiki polskiej obce i nowe; natura polska nie znosi, a przynajmniej dotąd nie znosiła kompromisów, udawania, obłudy, dwuznacznej gry politycznej – w swojej niecierpliwości lubimy przeciąć wszystko mieczem i koniec. A przecież mądry i celowy kompromis, będący niczym innym jak podyktowanym przez trzeźwą ocenę sytuacji, ustąpieniem z pozycji straconej, kompromis, którego nie wstydziły się najbardziej bohaterskie spomiędzy narodów świata, to symbol instynktu samozachowawczego, instynktu życia, biorącego górę nad wszelkimi względami upodobań i temperamentu. Lecz przekleństwem naszego kraju jest, że instynkt życia, nakazujący pracować, bogacić się, doskonalić cywilizacyjne formy codziennego bytowania zawsze skłócony jest u nas z imperatywem patriotycznym, który sobie sami, nie wiedzieć jak i kiedy narzucamy.

Dla Anglika sprawa Imperium Brytyjskiego jest zarazem sprawą jego dobrobytu, wolności i szczęścia; tak samo dla Francuza, Amerykanina lub Czecha sprawa patriotyzmu pokrywa się ze sprawą szczęścia osobistego. Inaczej było zawsze u nas: Tragiczny dylemat – prywatne szczęście albo Ojczyzna, konieczność wyrzeczenia się i ofiary sprawiał, że szczytowe akty patriotycznego uniesienia jak np; powstania, były w gruncie rzeczy – szkodliwe dla normalnego rozwoju narodu jako organizmu gospodarczego i cywilizacyjnego. Nie jest to nowość – pisali o tym i pozytywiści i Świętochowski i Bobrzyński i Studnicki i wreszcie Roman Dmowski, wielki propagator patriotyzmu realistycznego na naszym terenie. Niewątpliwie wpływ tych polityków i wpływ sugestii nowoczesnej „epoki tempa i przemysłu” w okresie dwudziestolecia – zrobiły swoje. Społeczeństwo warszawskie było w roku 1944 społeczeństwem o ambicjach i upodobaniach realistycznych. Pozbawione jednak informacji z zewnątrz, pozbawione możliwości trzeźwej oceny sytuacji ogólnej, uległo „psychologicznej konieczności” narzuconej przez młodzież. Tu tkwi właśnie tragiczny paradoks powstania – mniejszość narzuciła swoje kompleksy, swoje urazy psychiczne, swoją niecierpliwość i swój temperament – większości.

Dziś gdy młodzież warszawska zapłaciła za swój czyn hekatombą krwi, wszyscy mieszkańcy Warszawy ruiną całego życia, zaś Polska – utratą stolicy a wraz z nią wielkiej części swych sił żywotnych i intelektualnych – warto by poddać pewnej rewizji sprawę wyłącznego i jednostronnego kultu bohaterstwa, jaki propaguje młodzież polska, wzrosła w okresie okupacji. Ten ślepy i bezkrytyczny kult bohaterstwa i czynu zbrojnego (kult, który można w pewnym stopniu traktować jako rezultat a rebours obcowania z uznająca tylko gwałt psychiką niemiecką) pozbawił nas stolicy, ten kult, stosowany dalej przez popędliwą, politycznie nie wyrobioną a spragnioną czynu młodzież może pozbawić nas – egzystencji narodowej: Uświadomić sobie musimy, że stwierdzenie to nie ma na celu obrażania kogokolwiek ani pomniejszania wysiłków bohaterstwa i żarliwej wiary. Chodzi mi o co innego, o rewizję pewnych postaw uczuciowych, której rezultatem będzie prawdziwe zjednoczenie polityczne, oczywiście zjednoczenie wynikłe z przekonania i woli narodu, a nie z przymusu czy mistyfikacji. Odwieczne nasze rozdwojenie polityczne, odwieczny konflikt pomiędzy dwoma postawami i temperamentami, pomiędzy Trauguttem a Wielopolskim, pomiędzy Piłsudskim a Dmowskim musi zakończyć się syntezą; musimy zrozumieć, że w konfliktach tych obie strony były jednakowo patriotyczne, a różniły się tylko w wyborze metody prowadzącej do wspólnego celu, którym jest dobro i niezależność Polski. Synteza jest możliwa: można połączyć patriotyzm z umiarkowaniem i cierpliwością, pragnienie czynu z rozsądkiem, miłość Ojczyzny ze zdolnością do trzeźwego politycznego myślenia, odwagę z ostrożnością.

Pamiętajmy, że jeśli jako najwyższy, ponad wszystko cel postawimy istnienie narodu, to obok poświęcenia, zapału i wiary warunkami „sine qua non” dla tego celu muszą w dzisiejszych czasach być: trzeźwość, realizm, powściągliwość, cierpliwość, wytrwałość w pracy a także i przede wszystkim elastyczność i dyscyplina intelektu, która pozwoli nam stosować nie wyłącznie uczuciową reakcję odruchów, lecz prowadzić prawdziwą, mądrą i świadomą politykę polską, politykę celowych kompromisów i szczerego, przez cały naród przyjętego i zaakceptowanego sojuszu z potężnym sąsiadem rosyjskim, sojuszu, który jednak oczywiście zapewni nam zachowanie w całości naszej niezależności i indywidualności tak kulturalnej, jak politycznej i ustrojowej.