Sprzedam pomysł na badanie z psychologii eksperymentalnej

W New York Timesie jest bardzo ciekawy artykuł o badaniach, jak nasz język wpływa na nasze myślenie:

Były takie koncepcje, że jeśli w naszym języku nie ma jakiegoś słowa, to nie umiemy o tym czymś myśleć. Np. jeśli nasz język nie używa czasu przyszłego, to nie rozumielibyśmy pojęcia przyszłości. Podobno to nieprawda. To nie jest tak, że język pozwala nam w  ogóle pomyśleć daną rzecz. Ale, podobno, jest tak, że język zmusza nas do myślenia o rzeczach, o których używając innego języka byśmy nie myśleli.

Pierwszy podany tam przykład jest oczywisty – formy męskie i żeńskie w niektórych językach pojawiają się tak rzadko, że można o kimś mówić w ogóle bez pojęcia, jakiej ta osoba jest płci. A znów w innych językach, żeby cokolwiek wspomnieć o jakimś, nawet kompletenie nieznanym i nieinteresującym nas człowieku, trzeba chcąc niechcąc nabyć wiedzę, czy chodzi o kobietę, czy o mężczyznę.

Ale lepszy jest inny przykład: Wśród australijskich Aborygenów istnieje język, w którym nie mówi się, że coś jest po lewej lub po prawej, z przodu lub z tyłu, lecz na zachodzie lub wschodzie, na północy lub południu. Użytkownik tego języka musi w każdej chwili mieć w głowie kompas i orientować się w stronach świata!

Prawdopodobnie ze względu na bycie wzrokowcem nadawałabym się do tego plemienia Aborygenów. Ja mam w głowie kompas. Niestety nie wbudowany, jak mają gołębie. Chyba rozpoznaję strony świata odruchowo po położeniu słońca. Nie ja jedna. Raz na konferencji we Włoszech spotkałam pewnego młodego fizyka. W południe wyszedł na taras, rozejrzał się i powiedział – „aha, tam jest wschód”. Tylko że patrzył na zachód. Bo był z Nowej Zelandii.

Gdy ktoś pyta mnie o kierunek, to zwykle jest mi łatwiej powiedzieć stronę świata, niż lewo-prawo. Nieraz łapię się na tym, że nawet w pomieszczeniach, gdy mówię o czymś, co znajduje się lub co zdarzyło się w mieście, to macham ręką w odpowiednim kierunku geograficznym. Mam taki odruch, nawet gdy potrzebuję się w tym celu niewygodnie odwrócić. I nieswojo się czuję w otoczeniu, w którym trudno rozróżnić strony świata. Ciekawe, czy dużo ludzi tak ma.

Uczonym badającym wpływ języka na myślenie sugeruję, żeby rozróżnili czy badają wzrokowców, czy nie-wzrokowców. A dokładniej, ludzi myślących obrazami i ludzi myślących słowami. (Po angielsku prościej to nazwać: visual thinkers i verbal thinkers). Ja jako visual thinker widzę ogromną różnicę, a nawet nieraz trudności w porozumieniu, gdy rozmawiam z verbal thinkerem. Znam np. kogoś, kto jest fizykiem teoretykiem, ale verbal thinkerem, co stanowi dziwne połączenie. I nie jest mi łatwo się z nim dogadać, gdy podczas dyskusji o jakimś zagadnieniu on recytuje wzory matematyczne – dla niego te wzory i operacje na nich są jak słowa – a ja w moim umyśle nie widzę wzorów, tylko graficzne wykresy.

Jeśliby czytał to jakiś psycholog eksperymentalny, to podsuwam pomysł na badania: Mam hipotezę, że u visual thinkers język mniej wpływa na myślenie niż u verbal thinkers. A można by to sprawdzić doświadczalnie np. testując, czy ludzie myślący obrazami łatwiej „czują” strony świata i czy chętniej używają ich do nazywania kierunków. Albo robiąc inne eksperymenty opisane w tym artykule – jak ludzie rozróżniają kolory, albo jakie cechy przypisują przedmiotom mającym w danym języku rodzaj męski lub żeński.

Rosyjskie memy o meteorycie

Mieszkańcy meteorytu zе zgrozą obserwowali zbliżanie się Czelabińska.

-A u was meteoryty świeże?
-Świeże, dziś przywieźli.

Dzień Szklarza w Czelabińsku.

Najnowsze wiadomości:
Dziś rano w Czelabińsku niczego nie było.

Czelabińsk, wróciłam!
Zemsta to danie, które serwuje się na zimno.

Sklep nieczynny z powodu upadku meteorytu.

Walentynkę dostali?

Który twardy czelabiński romantyk obiecał ukochanej
14 lutego gwiazdkę z nieba?

Czelabińsk

Czelabińska huta cynku jest tak twarda,
że wydobywa rudę prosto z kosmosu.

T-shirty. Ogromny wybór, wyprzedaż.
Uderzenie po cenach!

Komu się nie podoba, że jestem w Rosji,
niech rzuci kamień!

Dmitrij Anatolijewicz i Władimir Władimirowicz
testują nowy system obrony przeciwmeteorytowej

Bielik-Robson o dyskryminacji kobiet na uczelni

Prof. Bielik-Robson w swoim wywiadzie-rzece wspomina dyskryminację kobiet na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Warszawskiego, której doświadczyła, gdy studiowała w latach 80. Zacytuję ten fragment, bo zastanawiam się, czy nie jest tak, że z tych doświadczeń wyrósł polski ruch feministyczny, taki jakim widzimy go obecnie. Najbardziej znane polskie działaczki feministyczne pracowały lub studiowały na wydziałach humanistycznych właśnie w tamtych czasach.

Dziś – i w moim środowisku, wśród fizyków – rzeczy opisywane przez prof. Bielik-Robson są niewyobrażalne. To nie mogłoby się zdarzyć np. na wydziale fizyki UJ, w każdym razie nie za moich czasów. Gdy rozmawiam z koleżankami – fizyczkami z mojego pokolenia, one potwierdzają, że nie spotkały się na uczelni ze złym traktowaniem ze względu na płeć.

Po lekturze mam wrażenie, że fizycy to jest całkiem inne środowisko niż to, w którym przyszło pracować prof. Bielik-Robson. Ona sugeruje, że zła atmosfera wynikała z uwarunkowań politycznych: Ci wszyscy docenci marcowi, przypadkowi ludzie na stanowiskach – to oni jakoby psuli obyczaje.  Ale z drugiej strony, mowa też tam o prof. Kołakowskim, o którym nie można powiedzieć, żeby był na uczelni człowiekiem przypadkowym. Ciekawe, jak teraz jest na tym wydziale. Może już całkiem inaczej? O historii Instytutu Fizyki UJ wiem tyle, że był w przeszłości bardzo opozycyjny. Czy takie historyczne różnice mogły mieć wpływ na atmosferę międzyludzką? Nie wiem, jak to było z traktowaniem kobiet w IFUJ w latach 80. A może to kwestia formacji umysłowej – fizycy patrzą na konkretne osiągnięcia w nauce, a humaniści są bardziej wrażliwi na międzyludzką otoczkę? Trudno mi powiedzieć. To tylko moje prywatne odczucie, ale ja obserwuję, że moi znajomi naukowcy od nauk ścisłych po prostu wolą zajmować się robotą niż pierdułami.

Nagle zaczęli mnie uczyć jacyś smutni panowie w kręplinowych garniturach, wiecznie pijani, a jak nie pijani, to przynajmniej zionący jakimś dopiero co skonsumowanym trunkiem. Chamowato tam było, pomarcowo i chamowato.

(…)

Kobiety nie miały najlepiej na tym wydziale, tak bym to ujęła. Dyskomfort kobiet miał wiele wymiarów, począwszy od tego podstawowego, że panowała tam bardzo silna atmosfera męskiej konfraterni, wymuszając poczucie, że filozofia jest jednak męska. Pamiętam to jako osoba wówczase jeszcze nieobyta w feminizmie i niewrażliwa na te kwestie – bo mało kto tak naprawdę był na to wrażliwy w latach 80.

Mamy rok 1984, zdaję egzamin na filozofię i słyszę taki oto tekst: „A wie pani, jak tu jeszcze był Leszek Kołakowski – oczywiście przywoływany w roli wielkiego autorytetu – to zawsze siedział w komisji egzaminacyjnej i miał taką zasadę, że na każdym roku trzeba przyjąć kilka przytulnych niewiast, żeby ci chłopcy, którzy naprawdę będą uprawiać filozofię, mieli dla kogo się starać”. I jak to słyszę po zdanym egzaminie pisemnym na 5+. I co właściwie mam z tą wiadomością zrobić?!

– Bo może ty jesteś ta „przytulna”?

A może on mi to mówi, bo mam być akurat tą wyjątkową niewiastą, która będzie robić filozofię?  wszystkie inne niewiasty na moim roku to te przytulne? Czy może jest mu wszystko już tak obojętne, że potrafi coś takiego powiedzieć mi prosto w oczy? Co tu jest w ogóle grane? Okropna konfuzja już na wejściu.

Ten wydział był przez cały czas przepojony duchem lekceważenia wobec kobiet, podśmiewania się z nich, zniechęcania do tego, żeby brały czynny udział w dyskusjach. Prowadzący zajęcia potrafili ostentacyjnie je zamknąć, zaprosić kilku chłopaków na wódkę, a jak dziewczyny chciały się dołączyć, to mówili: panie to my możemy na lody wziąć, ale kiedy indziej. Takie klimaty.

A jeśli już się jakaś niewiasta zaplątała do Plastyków, gdzie oni głównie przesiadywali i chlali – bo inaczej tego nazwać nie można – to szybko padały różne oferty. Ja się nasłuchałam rzeczy potwornych, jakich dziś nawet dziewczyny, które się nie uważają za feministki, w życiu by nie zniosły. Naprawdę. Miałam trochę racji, sądząc w liceum, że to będzie szmaciany wydział, bo tam rzeczywiście było trochę towarzyszy szmaciaków. Tak jak mówię, peereliada tam panowała, szmaciarska.

Bardzo nieciekawe pokolenie

Czytam książkę Bielik-Robson. Żyj i pozwól żyć. Profesor Bielik-Robson kreśli portret swojego pokolenia, które studiowało pomiędzy 1981 a 89 rokiem. Bardzo nieciekawe pokolenie.

Wypracowali sobie etos destrukcji: Wszystko źle. Być z zasady wbrew. Na złość babci odmrozić sobie uszy. Na zadymie wybić szybę w restauracji, bo to komunistyczna restauracja. Gdy milicja spałowała, nie pójść do lekarza, bo to komunistyczny lekarz. Zdeptać trawnik, bo to komunistyczny trawnik. Krzyczeć, że w Polsce ma być normalnie i nie umieć odpowiedzieć na pytanie, co to właściwie znaczy „normalnie”. W 1988 emigrować, bo nic się w Polsce nie zmieni.

I co najciekawsze, są przekonani, że w ten sposób obalili PRL, tylko nikt tego nie docenia.

Starsi zrobili za nich wolną Polskę, a ci do dziś mają żal, że się nie załapali. Dużo mi to wyjaśnia z tego, co się dzieje w dzisiejszej polityce.

Co czwarte dziecko w Polsce jest nieochrzczone?

W najnowszym Znaku debata o stanie Kościoła katolickiego w Polsce. Maria Poniewierska pisze, że liczba katolików w Polsce jest wciąż duża:

Według danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego w 2010 r. ok. 34 mln Polaków (89% populacji) było ochrzczonych w Kościele rzymskokatolickim. Badanie CBOS z ostatniej jesieni wykazało jeszcze wyższy odsetek osób przyznających się do katolicyzmu (95%).

Według autorki, co prawda spada poziom wiary i praktyk religijnych, ale przynajmniej liczebność Kościoła katolickiego w Polsce jest zadowalająca. Oczywiście publicystka złapała się z nadzieją tej lepszej liczby: aż 95%!

A tymczasem na mnie to zestawienie zrobiło wręcz przeciwne wrażenie. Bo zobaczmy: CBOS ankietował osoby w wieku powyżej 18 lat. Wśród tych dorosłych, 95% uważa się za katolików. Można założyć, że tylko osoby ochrzczone deklarują się jako katolicy. A zatem wśród dorosłych, ochrzczonych jest co najmniej 95%. Ale tylko 89% wszystkich Polaków jest ochrzczonych! Publicystki w ogóle nie zastanowiło, skąd ta dysproporcja?

A przecież ona oznacza, że wyjątkowo duży procent dzieci musi być nieochrzczonych!

Jak duży? Policzyłam to, biorąc z Rocznika Statystycznego informację, że osoby w wieku 3-17 lat stanowiły 18% Polaków, a w wieku 0-2 lat – 3% Polaków. Założyłam, że chrzty dorosłych to zaniedbywalny procent. Założyłam też, że należy odliczyć dzieci, które jeszcze są za małe, aby być ochrzczone, zatem przyjęłam ostrożnie, że dzieci w wieku 0-2 lat nie są ochrzczone w ogóle. Jest to założenie nie do końca prawdziwe, ale wypada i tak na korzyść Kościoła.

Z wyliczenia* wynika, że jeśli ochrzczeni stanowią 95% wśród dorosłych, to ochrzczeni muszą stanowić tylko 66% wśród dzieci, aby dać ogólną liczbę 89% ochrzczonych Polaków. A zatem 34% dzieci w wieku 0-17 lat nie jest ochrzczonych. Jeśli odliczyć od tego – w sposób maksymalnie ostrożny – dzieci, które być może są za małe na chrzest, ale zostaną ochrzczone w przyszłości, to dostajemy, że 22% polskich dzieci w wieku 2-17 lat nie jest ochrzczonych.

A zatem, według tych obliczeń, obecnie liczba dzieci, których rodzice nie chcieli ochrzcić, wynosiłaby pomiędzy 22% a 34% spośród wszystkich dzieci.**

Jeśli to prawda, to za kilkanaście lat ci młodzi ludzie wejdą do grupy dorosłych ankietowanych, a umrą najstarsi z dotychczasowej grupy dorosłych. I wówczas wyniki badań CBOS mocno się zmienią.


P.S. W komentarzach internauta Zabsko przedstawił inne wyliczenie na podstawie innych danych tegoż samego Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego. Otóż podano tam, ile dzieci było ochrzczonych w 2010 roku. Zabsko porównał to z danymi GUS o liczbie urodzin. Wówczas wynik jest całkiem inny – według takiego wyliczenia 94% dzieci zostało ochrzczonych.

Dziwne. Instytut Statystyki Kościoła Katolickiego zbiera dane najprawdopodobniej z dokumentacji kościelnej. Więc nie wiem, dlaczego dane z tego samego Instytutu są aż tak rozbieżne? Jeśli 94% urodzonych w Polsce dzieci zostało ochrzczonych w 2010 roku, to jak to się dzieje, że 89% populacji Polski jest ochrzczonych? Wcześniej chrzczono mniej dzieci? 6% dorosłych w sondażu CBOS twierdzi, że są katolikami, choć nie byli ochrzczeni? CBOS zrobił aż 6-procentowy błąd? Zagadka.

*) Jeśli wliczyć dzieci w wieku 0-2 lat, to mamy: x*0.21+0.95*0.79=0.89 , zatem x=0.66, a 1-x=0.34. 
Jeśli odliczyć dzieci w wieku 0-2 lat, to mamy: 0*0.03+ x*0.18+0.95*0.79=0.89 , zatem x=0.78 , a 1-x=0.22 .

**) A tak naprawdę górna granica może być jeszcze większa niż 34%, gdyż przyjęłam, że ochrzczonych wśród dorosłych jest 95%, a przecież może być ich więcej. Gdyby teoretycznie przyjąć, że ochrzczony jest każdy dorosły (choć tylko 95% przyznaje się do katolicyzmu), to górna granica wzrosłaby do 47%.


Poszłem

Pomyślałam sobie, że słowo „poszłem” powinno być celebrowane przez ten prąd polskiego feminizmu, który walczy przeciw dyskryminacji kobiet w strukturze języka. To chyba jedyny przykład w języku polskim, gdzie forma żeńska zdominowała formę męską.

Teoria ewolucji w służbie konserwatyzmu

Popularne jest ostatnio w mediach prezentowanie pozornie logicznych „wyjaśnień” różnych współczesnych zjawisk społecznych za pomocą teorii ewolucji. Nazwę to „psychologią ewolucyjną”. Specjalnie cudzysłów, żeby uniknąć zarzutu, że istnieją też poważne badania naukowe z psychologii ewolucyjnej (choć są także głosy krytyczne wobec metodologii wielu takich badań). Ale to co podaje się w mediach jako „psychologię ewolucyjną”, to jest papka nie mająca już nic wspólnego z nauką.

Różni blogerzy [1,2,3,4] zajęli się już krytykowaniem poszczególnych artykułów i medialnych argumentów pojawiających się w tej papce. Ja natomiast chcę tutaj wyjść o poziom wyżej i pokazać, po co w ogóle ta „psychologia ewolucyjna” jest.

 

Co jest tak chwytliwego w „psychologii ewolucyjnej”? To, że podaje ona ciągi zdań, które brzmią logicznie. Odbiorca słysząc, że coś brzmi logicznie, przyjmuje to jako prawdę. Tymczasem zdanie logiczne wcale nie musi być prawdziwe!

W argumentach „psychologii ewolucyjnej”, z jakimi spotykam się w polskich mediach, pojawiają się dwa błędy:

 

Błąd 1. Stosowanie niesprawdzonych przesłanek. W przypadku, gdyby okazały się one nieprawdziwe, to „wyjaśnienie” nadaje się do kosza. Ale cały myk polega na tym, że zazwyczaj nie da się ich sprawdzić. Pokażę na przykładzie, że mogę jednak wymyślić równie dobre (i równie niesprawdzalne) alternatywne argumenty, które zaprzeczają tym oryginalnym i burzą cały „dowód”.

Przykładowe pytanie: Dlaczego w naszym społeczeństwie kobiety są statystycznie bardziej monogamiczne od mężczyzn?
Logicznie brzmiące „wyjaśnienie”: Kobiety są monogamiczne, bo muszą utrzymać jednego partnera, aby dostarczył im zasobów podczas gdy one wychowują dziecko.
Niesprawdzona przesłanka:
Ludzie pierwotni żyli tak jak my obecnie, w samowystarczalnych rodzinach składających się z mamy, taty i dzieci. Samotna mama siedziała w jaskini z dziećmi, a tata – samotny myśliwy – polował. Istni Flintstonowie, czyli amerykańska rodzina z lat 50. w jaskiniowych dekoracjach.
Mój alternatywny argument:
Ludzie pierwotni mogli żyć w większych gromadach żyjących na zasadzie kooperacji. Zamiennie pewna grupa zajmowałaby się dziećmi pozostałych, a tamci zajmowaliby się poszukiwaniem jedzenia. Wewnątrz takiej gromady monogamia nie byłaby do niczego potrzebna. Za moją wersją przemawia to, że w warunkach dzikiej przyrody ciężko byłoby przeżyć grupie złożonej tylko z dwojga dorosłych ludzi, przy czym w dodatku tylko jeden z nich może w pełni oddać się poszukiwaniom pożywienia. Kto mi udowodni, że tak nie było na odpowiednio wczesnym etapie dziejów ludzkości? A jeśli tak było, to kto mi udowodni, że nie zostawiło to u kobiet genu poliandrii, która została tylko przykryta przez późniejsze wzorce kulturowe?

Zastrzeżenie: Uwaga! To nie znaczy, że moim zdaniem ja mam rację, a „psycholodzy ewolucyjni” nie! Należałoby to dopiero udowodnić. A jak udowadnia się w naukach przyrodniczych? Wykonując powtarzalne eksperymenty. Powodzenia.
Jak na razie nie udowodniono, że psycholodzy ewolucyjni na pewno nie mają racji. Ale też, uwaga, w chwili obecnej nikt mi nie udowodni, że to ja nie mam racji!
Ja tylko podaję przykład alternatywnych stwierdzeń, w które np. osobiście wolałabym wierzyć, bo są fajne i utwierdzają mnie w mojej wizji świata, ale które – podobnie jak twierdzenia „psychologów ewolucyjnych” – tak naprawdę nic nie wnoszą do naszego poznania rzeczywistości.


Błąd 2: Przesłanki danego twierdzenia są niespójne z przesłankami innego twierdzenia. Czyli wybieramy to, co w danej chwili nam bardziej pasuje.

Przykładowe pytanie: Dlaczego więcej Polek ma dzieci z Brytyjczykami, niż Polaków z Brytyjkami?
Wyjaśnienie: Bo nasi najbliżsi kuzyni, szympansy, są egzogamiczne, t.j. samica opuszcza rodzinną grupę, przyłącza się do innej grupy, i dopiero tam ma dzieci.
Przesłanka:
Powołujemy się na szympansy, ponieważ są nam najbliższe genetycznie.
Niespójność: Każdą tezę udowadniamy używając przykładu innego zwierzęcia, którego zachowanie akurat bardziej pasuje do tej właśnie tezy, a przemilczając przypadki niepasowania.
„Psycholodzy ewolucyjni” powołują się na szympansy tylko tam, gdzie im wygodnie. Jeśli już twierdzimy, że ludzie są tak podobni do szympansów, iż można wyciągać z tego wnioski na temat ludzkich społeczeństw – to dlaczego w sprawie monogamii nie powołujemy się na bonobo, które uprawiają seks każdy z każdym dla towarzystwa i dla złagodzenia obyczajów?

(I znów stosuje się tu Zastrzeżenie, które podałam wyżej.)


Z błędów 1 i 2 wynika błąd podstawowy: Przekonanie, że „psychologia ewolucyjna” cokolwiek wyjaśnia.

Psychologia ewolucyjna” niczego nie wyjaśnia, lecz jedynie utwierdza nas w dotychczasowych przekonaniach i daje nam oręż, by nakazywać innym dostosowanie się do tych naszych przekonań.

Błędy 1 i 2 pozwalają na fabrykowanie dowolnych argumentów. Wówczas logicznie brzmiące wywody tylko udają, że coś wyjaśniają. W rzeczywistości cała ta zabawa jest to tylko dobieranie argumentów pod z góry przyjętą tezę.


Po co wkładać tyle energii w wykreowanie tej czy innej tezy? Otóż po to, aby powiedzieć ludziom, że skoro Bozia tak dała ewolucja tak dała, to tak musi być. A więc jest to teza do szpiku kości konserwatywna. Co ciekawe, konserwatyści uważani są często za niechętnych teorii ewolucji. A tu proszę, już 150 lat po Darwinie przetrawili tę nowinkę tak dobrze, że stała się dla nich młotem na czarownice.

A jest to subtelniejszy młot, bo gdyby konserwatysta chciał coś tłumaczyć „zamysłem Bożym”, to ludzie by powiedzieli: „E tam, skąd ty wiesz, co Bóg myśli, a w ogóle to ja np. nie wierzę w Boga”. A teraz – uuu… nie powiedzą przecież: „Ja nie wierzę w ewolucję”…!


Zauważmy, że „psychologia ewolucyjna” zajmuje się właśnie tymi sprawami, które są przedmiotem największych społecznych przemian. Są to: pozycja kobiet w społeczeństwie i obyczaje seksualne kobiet. A im bardziej coś się zmienia na naszych oczach, tym bardziej konserwatyści starają się udowodnić, że to jest niezmienne.

Robią to mówiąc: „Nie możecie tego zmieniać, bo jest to porządek na wieki wieków stworzony przez ewolucję!”. Może przetłumaczę, co stoi za tym stwierdzeniem: „Jeśli robicie coś, czego ewolucja nie przewidziała, to dokonujecie herezji przeciwko naturze!”.

Myślę, że już dostatecznie głęboko rozgrzebałam pokłady myśli konserwatywnej, żeby czytelnicy zauważyli, jakie nonsensy przezierają z ich dna. Przecież jasne jest, że cywilizacja z powodzeniem działa przeciwko naturze – ewolucja nie przewidziała ratowania wcześniaków, leczenia chorych, podróży inaczej niż na własnych nogach etc. Ale powiedzieć komuś: „robisz coś wbrew naturze!” jest wciąż silnym emocjonalnym batem na ludzi. Dlaczego? Bo z tyłu głowy ludzie tłumaczą to sobie: „jesteś nienormalny!”. To jest milczące utożsamienie: „natura = normalność = to, co robi większość społeczeństwa”. Ale to nie ma nic wspólnego z przyrodą.

I pomyśleć, że w prasie katolickiej…

Pierwszy w polskiej prasie tak szczery artykuł na temat wychowania seksualnego… I pomyśleć, że pojawił się w prasie katolickiej!

Bez hipokryzji, bez tabu – Miesięcznik Znak publikuje rozmowę z Alicją Długołęcką, pedagożką i edukatorką seksualną.

Artykuł szczery, bo w przeciwieństwie do innych – zarówno w prawicowych, jak lewicowych mediach – nie lukruje rzeczywistości: Krytykuje nauczanie dzieci tak, jak gdyby świat wkoło był wyidealizowany zgodnie z życzeniami wychowawców.

  • Po raz pierwszy specjalista mówi otwarcie, że nie ma złudzeń, co 10-letnie dzieci robią w internecie, i że nie da się tego uniknąć – trzeba więc uświadamiać, nim dziecko nauczy się używać internetu. 
  • Po raz pierwszy specjalista mówi otwarcie, że dzieci należy uświadamiać, zanim zapytają.  Wbrew modnej opinii, że trzeba czekać, aż dziecko samo zainteresuje się tematem. Wtedy już za późno.Tego pani Długołęcka nie powiedziała wprost, ale ja wyciągam z jej słów następujący wniosek: Zwykle, skoro dziecko jest w stanie w ogóle sformułować pytanie, to znaczy, że skądś już uzyskało jakąś informację. Wtedy odpowiedź rodzica często jest już jedynie sprzątaniem szkód.

    Dorośli robią dwa jednoczesne błędy w traktowaniu dziecka: Z jednej strony oczekują, że dziecko to tabula rasa, którą można zapisać wyłącznie własną treścią. Ale z drugiej strony, oczekują po dziecku zdolności formułowania pytań – tak jak gdyby dziecko ogarniało już ogół tematyki i wiedzialo, o co w ogóle można pytać.

    (Ktokolwiek studiował, ten przeżył choć raz w życiu taki moment, gdy wykładowca miał pretensje: „-To dlaczego państwo nie pytali?”, a jedyną możliwą odpowiedzią było: „-Nie wiedzieliśmy w ogóle, o co pytać.” Skoro takie trudności przeżywają studenci, to jak można oczekiwać od kilkuletniego dziecka, że zada pytanie bez znajomości kontekstu.)

     

  • Po raz pierwszy specjalista zwraca uwagę na ciekawy mechanizm: Zbyt późne uświadamianie wchodzi w kolizję z dorastaniem dziecka do separacji od rodziców:Ingerencja rodzica w tym wieku, jeśli wcześniej nie podejmowano w domu tego tematu, jest niezwykle zawstydzająca dla nastolatka i staje się wtedy pewnego rodzaju nadużyciem emocjonalnym.(…)

    Małemu dziecku przychodzi to o wiele łatwiej – seks jest abstrakcją i wiedza, że jest ono owocem miłości, również fizycznej, może być źródłem radości. Natomiast w wieku kilkunastu lat jest to już o wiele trudniejsze, bo włącza się kategoria pożądania i silne tabu kazirodztwa.

    Jeżeli budzi się w człowieku pożądanie, on musi się od rodziców odseparować. I mimo że wielu rodzicom się to nie podoba, jest już za późno na rozpoczynanie rozmów.

     

  • Po raz pierwszy specjalista mówi otwarcie, że nie można wciskać dzieciom, iż wszelka pornografia to ZUO, wiedząc, że większość za parę lat – jako nastolatki – będzie się przy niej masturbować.

Odświeżające, przeczytać w warunkach polskich tekst w tak dużym stopniu pozbawiony obłudy.

Kobieca solidarność

Leciałam wczoraj samolotem LOTu. Kilka rzędów dalej siedziało dwóch miśków w wieku 50-60 lat. Przed startem nagle odezwał się z głośników damski głos:

-Tu kapitan.

Kapitanem samolotu była kobieta. Wśród miśków zapanowało poruszenie, które wkrótce przeszło w rechot:

-Kobieta! A jak ona wystartuje? A jak ona wyląduje? Etc. etc.

Samolot wystartował. Gdy nadeszły stewardesy z napojami, miśki wybudziły się.

-Proszę proszę, no macie panią kapitan! Całkiem ładnie wystartowała – dodali łaskawie – ale jak to będzie z lądowaniem?

Zgadnijcie, jaka powinna tutaj nastąpić odpowiedź lojalnej i zgranej załogi? Pani kapitan zawsze startuje i ląduje jak należy? Otóż nie. Stewardesa odrzekła miśkom wśród uroczego chichotu:

-Nooo, mamy nadzieję, że wyląduje…

Polska prawica i eumemika

Słowo „eumemika” pojawia się w polskim internecie tylko raz (stan na 7.11.2011). Choćby dlatego warto odnotować ciekawostkę: W konserwatywno-prawicowym kwartalniku Pressje pojawił się tekst niezwykły jak na młodą polską prawicę – Michał Zabdyr-Jamróz, Dlaczego prawica powinna kochać lewicę? Niezwykła jest tutaj otwartość ideowa:

Nawołujemy do postawy szczerego heterointelektualizmu – otwarcia się na inność, obcość w życiu umysłowym. (…) Heterointelektualizm rozumiemy nie jako postawę zmierzającą tylko do tego, by odpierać krytykę, rugać i gnębić innego, lecz raczej szukającą w nim inspiracji, nowych pomysłów, rozwiązań. Postawa taka opierałaby się na otwartym dążeniu do zrozumienia, a nie jedynie na „poznaniu wroga”. (…) Rozumiemy też, że prawda może ukrywać się dosłownie w każdej myśli i w każdym umyśle.

– Że aż „katolewacki” magazyn Kontakt dziwi się: Czy to cytat z Juliusza Eski, Jerzego Turowicza, Józefa Tischnera? Niełatwo się w dzisiejszych czasach spodziewać, że coś takiego może napisać młoda polska prawica. W samej rzeczy, Fronda już wyraziła swoją dezaprobatę.

Ale ja nie o tym. Cała interesującość tego artykułu polega na tym, że konieczność otwartości intelektualnej wobec lewicy autor uzasadnia – dbałością o jakość memów.

Jedni ludzie szukają więc nieśmiertelności, płodząc potomstwo, inni szukają sławy, są też  jednak tacy „co wolą zapładniać dusze” (…). Ci ostatni to oczywiście intelektualiści. Celem każdego z nich − choćby najbardziej nam nienawistnego − jest zawsze miłość w tym platońskim sensie. Dlatego dążeniem każdego „miłośnika wiedzy” jest publikowanie i konferowanie, czyli przekazywanie myśli − dyseminacja, inseminacja, proliferacja.

Płcie intelektualne? Analogię ewolucji biologicznej i kulturowej należy pociągnąć dalej. Wystarczy dostrzec, że podobne prawidła rządzą złożonymi kompleksami genów i zespołami idei. Każdy gatunek zyskuje ciągłość przez rozmnażanie się osobników. Geny podlegają doborowi pośrednio, za sprawą cech fenotypowych, które kodują. (…)

Ale istotną cechą replikatorów – zarówno genów, jak i memów – prócz reprodukcyjnej trwałości, jest też zmienność, generująca różnorodność. Geny, raz na jakiś czas, ulegają mutacji, zazwyczaj przypadkowej, i tak zmienione dalej są reprodukowane. Zmienność jest szalenie ważna dla ewolucji. Bez niej właściwie by jej nie było. (…) Niezmienny twór zawsze wpadnie w końcu w ślepą uliczkę ewolucji.

(O, oni uznają teorię ewolucji!)

A teraz uwaga:

Z systemami ideologicznymi jest podobnie jak z genotypami. Jeśli teoria mnoży się tylko przez pączkowanie, szybko trafia w swoją własną koleinę i petryfikuje się. W takim stanie przetrwać mogą tylko bardzo proste systemy. Podobnie jest, gdy wymiana materiału memetycznego następuje z systemami o bardzo bliskim pokrewieństwie. Początkowo wzmaga to atuty koncepcji, ale z czasem ujawniają się u niej choroby kazirodcze. (…)

Pewne cechy charakterystyczne karykaturalnie rosną i tym sposobem nawet atuty mogą zmienić się w wady. W takich wypadkach przede wszystkim jednak upośledzeniu ulega system odpornościowy, to znaczy spada odporność na krytykę. W ten sposób ideologie – niezależnie od tego, czy mają charakter społeczno-polityczny, teologiczny, naukowy, czy artystyczny – brną w ślepą uliczkę. Ostatecznie wymierają jej nosiciele i zewnętrzne
przejawy. (…)

Prokreacja homointelektualna może bowiem przyjmować dwie postaci. Pierwszą jest podejście szkolarskie. Odpowiada mu w biologii rozmnażanie przez pączkowanie i służy ono raczej repetycji, podtrzymywaniu istnienia prostych bądź bardzo zwartych systemów wiedzy.

Druga postać homointelektualnej prokreacji to generowanie nowych systemów ideologicznych przez łączenie koncepcji spokrewnionych, zbliżonych memetycznie, mających wspólne pochodzenie. Taką postawę zasadnie można nazwać intelektualnym kazirodztwem. Dość częstym produktem tej praktyki są idee potworkowate, karłowate, z wyraźnymi defektami, chorowite, przede wszystkim zaś idee o znikomej i stale malejącej odporności na krytykę, stanowiącą niejako intelektualny odpowiednik wirusów i bakterii.

Podkreślone przeze mnie wyrażenia, z całą ich stylistyką, są przecież żywcem wyjęte z wczesno-XX-wiecznych pism o eugenice! To dosyć zabawne wykorzystanie idei i wyrażeń, które obecnie są tabu. Przeniesienie ich z gruntu objętego tabu na grunt zupełnie świeży. Sam autor nie używa zresztą ani słowa eugenika, ani eumemika. Ale wygląda na to, że musiał czytać dużo publicystyki z tamtego okresu, bo styl („potworkowate, karłowate”!) dźwięczy mi wyraźnie tamtymi nutami – porównajcie.

Ciekawe jest, że w angielskojęzycznym internecie słowo eumemics, też dość w sumie rzadkie, pojawia się zazwyczaj w kontekście przeciwnym niż tutaj – jest używane np. tu w sposób politycznie poprawny, czyli z podejściem analogicznym do tego, jakie dziś mamy wobec eugeniki: Powiada się więc, że eumemika to celowe wyłączanie z puli memów tych, które uznajemy za słabe i nieużyteczne, a prowadzi ona do memocydu, czyli masowego memobójstwa – celowej eksterminacji jakiejś części dziedzictwa kulturowego.

Nie daję żadnego podsumowania. Po prostu ciekawostka.