Ciasteczko w Holandii

Tak czytam dyskusje na temat tej kobiety, co upiła się, poszła z jednym panem do hotelu i oczekiwała, że pójdzie spać, podczas gdy ten pan oczekiwał, że będzie uprawiać seks. Ona poszła spać, ale zbudziła się w trakcie, gdy – jak się okazało – mężczyzna w istocie uprawiał z nią seks. Dyskusje w internecie polegają na roztrząsaniu, czy ona zrobiła głupio, czy nie. I widzę pewne fundamentalne niezrozumienie wśród dyskutujących.

Spotkałam niedawno znajomego, który mieszkał przez jakiś czas w Holandii. Opowiedział, co go spotkało, gdy świeżo przyjechał i Holendrzy wzięli go na wizytę do holenderskiego domu. Gospodarze położyli na stole talerz ciasteczek. Po wizycie Holenderka wzięła tego znajomego na bok i powiedziała, że rozumie, iż on jest z obcego kraju, ale czy on wie, co narobił? Musiała go tłumaczyć przed gospodarzami! „- A co ja takiego zrobiłem? -Wziąłeś DRUGIE CIASTECZKO!!!”

Jak się okazało, w Holandii postawienie talerza z ciasteczkami nie jest równoważne z powiedzeniem: Częstuj się. W Holandii należy poczekać, aż gospodarz wyraźnie poprosi, aby się poczęstować. Jeśli wszyscy wezmą po jednym ciasteczku, to znów trzeba poczekać na wyraźne zaproszenie, żeby móc wziąć sobie drugie. No tak mi opowiadał ten znajomy.

Dyskusja nad zachowaniem pani w hotelu przebiega, jakby Holendrzy kłócili się z Polakami. Dla Polaka – jeśli pani idzie pijana z panem do hotelu, to jest tak, jakby postawiła na stole talerz ciasteczek. Można się częstować bez pytania, bo samo postawienie talerza jest dla Polaka niewerbalnym komunikatem „proszę się częstować”. Dla „Holendra” – czyli w tym przypadku też Polaka, ale mającego nieco inne wzorce kulturowe – postawienie na stole talerza ciasteczek nie oznacza niczego więcej ponad postawienie talerza ciasteczek. Należy się dopiero explicite dowiedzieć, czy można się poczęstować, czy nie. 

I tu pojawia się fundamentalne niezrozumienie. Bo ludzie mówią: To jest kwestia pojmowania kodów kulturowych. Kobieta, która w naszej kulturze idzie pijana z facetem do hotelu, w domyśle niewerbalnie mówi mu: chcę uprawiać seks. I że kobieta, która nie zdaje sobie sprawy z niewerbalnego znaczenia swoich poczynań jest niedostosowana do panującej kultury. To jakby z dziecinnej nieświadomości mówiła komuś: „tak, chcę uprawiać z tobą seks tu i teraz”, a potem miała pretensje, że zrozumiał to dosłownie. Jedna internautka wręcz powiedziała, że nie można traktować kobiety jak dziecka, które nie rozumie co mówi w tym kulturowym języku. Ci sami ludzie powiadają także: Ależ oczywiście, gdyby ta kobieta pojechała do ultrakonserwatywnego kraju arabskiego i wsiadła z obcym mężczyzną do auta, to w ich kulturze takie zachowanie już byłoby jak wystawienie talerza z ciastkami. I także powinna sobie tam zdawać sprawę z tego, co „mówi”.

Innymi słowy, ci ludzie są zwolennikami relatywizmu kulturowego sięgającego od zaproszenia do jedzenia ciasteczek, aż po zaproszenie do seksu. To stanowisko wydaje się nawet spójne. Dostosuj się do kultury, w której jesteś. W każdej kulturze istnieją przekazy niewerbalne. Nie wszystko trzeba mówić wprost, żeby znaczyło to, co znaczy. Jeśli jesteś w kulturze polskiej, to pójście po pijanemu z mężczyzną do hotelu oznacza zgodę na seks, i musisz się z tym pogodzić, a nie snuć fantazji o lepszym świecie. 

No tylko właśnie niezrozumienie polega na tym, że kobieta to nie talerz ciasteczek. A konkretnie, problemów z podejściem „wyższość przekazu niewerbalnego” jest kilka: 

1. Niewerbalna zgoda utrudnia wycofanie się z niej. Wystawiasz w Polsce ten talerz ciasteczek. Goście ci go zżerają, jednak w trakcie robi ci się żal, ty sknero. Ale przecież nie sprzątniesz im ciasteczek sprzed nosa, bo głupio. No dobrze, ciasteczka to mała strata. Ale w przypadku seksu mogą zajść rozmaite okoliczności powodujące, że człowiek ma prawo zmienić zdanie. A jakoś tak dziwnie to działa w naszej kulturze, że gdy kobieta niewerbalnie zgodzi się na seks, to mężczyzna rozumie, iż kobieta już na pewno, na 100% się nie wycofa. Klamka zapadła, jak można się tak bawić moimi uczuciami, przecież wykosztowałem się na drinki!

2. Przekazy niewerbalne są niejasne i zostawiają pole do interpretacji. Na przykład, mieliśmy w domu remont. Niektóre rzeczy leżały na wierzchu, bo nie dało się wszystkiego pochować. Między innymi w kącie kuchni zostało pudełko z kawą. Po remoncie okazało się, że pod naszą nieobecność robotnicy całą tę kawę wypili. Widać istnienie pudełka zrozumieli jako niewerbalne zaproszenie do poczęstowania się. Kawa mała strata. Jednak szkody są większe, gdy ktoś narusza naszą nietykalność cielesną, bo on myślał, że może, więc się na wszelki wypadek nie zapytał.

3. I największy problem: W rozumieniu przekazów niewerbalnych zwycięża interpretacja silniejszego. Lub przebieglejszego. Nigdy nie byliście wściekli, że współlokator, współobozowicz, współpracownik zeżarł wam jedzenie z lodówki? No właśnie. Bo to byli ci silniejsi lub szczwańsi od was. Przecież nie jesteś dzieckiem i powinieneś wiedzieć, że na stancji współlokator ma prawo się bez pytania poczęstować twoim jedzeniem. To twoja wina, że nie rozumiesz kultury studenckiej! O, i tu pojawia się pytanie: Dlaczego to współlokator ma decydować, co w kulturze studenckiej oznacza zostawienie żarcia w lodówce? Jedziesz do Holandii, to o znaczeniu ciasteczek na talerzu decydują Holendrzy. OK, bo oni tam rządzą. Ale, ale. Jedziesz do Polski, to o znaczeniu pójścia z mężczyzną po pijanemu do hotelu decydują… mężczyźni. Bo oni tam rządzą?

Ale na to zaraz pada odpowiedź na forach: A za to kobiety są przebieglejsze i – zwłaszcza w cywilizowanych krajach – narzucają właśnie swoją interpretację, ciągają mężczyzn po sądach i wrabiają w gwałty. Ja jestem w stanie uwierzyć w takie przypadki. Pomysłowość ludzka nie zna granic, a kobiety nie są zawsze niewinnymi lelijami. Choć mam podejrzenia, że akurat w Polsce to dużo częściej mężczyźni robią za stronę silniejszą i narzucającą reguły. Ale generalnie ideę rozumiem: Ten, kto jest w danej chwili cwańszy, ma możność narzucenia swojej „narracji”. „No bo niczego wprost nie ustalaliśmy, ale przecież jasne, że chodziło o to i o to.”

Ale WŁAŚNIE DLATEGO nie rozumiem, czemu akurat w tak potencjalnie skomplikowanych sprawach, jak seks, nie używać podejścia „holenderskiego”. Zwłaszcza, gdy ludzie się mało znają. Ale nawet w zaufanych związkach, gdzie ludzie faktycznie mają wypracowany niewerbalny język na wiele spraw – nawet tam można się choćby w połowie akcji wycofać i powiedzieć wprost, że jednak nie. W dzisiejszych czasach jak żona właduje się mężowi do łóżka, to nie musi automatycznie wypełniać obowiązku małżeńskiego. (I niech mi nikt nie próbuje wmawiać, jak jeden internauta, że to tylko dlatego, bo żona mniej podnieca. ;-)) Więc dlaczego świeżo poznani ludzie muszą odgrywać jakiś teatrzyk bez słów? Czy nie zdrowiej byłoby założyć, że od dziś w naszej kulturze wolimy mówić wprost, o co chodzi z tym seksem?

Ale to by znaczyło jednak odejście od tego kulturowego relatywizmu – że piękno różnorodności polega na tym, iż u nas częstuje się ciasteczkami tak, a w Holandii owak. Stać nas na taki relatywizm w kwestii ciasteczek, ale już nie w kwestii praw człowieka. I tu właśnie myślę, że ci relatywiści robią błąd, jeśli różne formy domniemanej zgody na seks zaliczają li tylko do kulturowego folkloru. Jeśli niewolnictwa nie zaliczamy do folkloru, to również kwestię zgody na seks pownniśmy traktować bardziej fundamentalnie. Więc to już nie jest kwestia ustalenia, czy przyjmujemy konserwatywny, czy liberalny wzorzec kulturowy. To nie jest tak, że źli liberałowie wciskają nam wzorce, które w niczym nie są lepsze od naszych, a może nawet są gorsze. Świat najprawdopodobniej zmierza ku odkryciu, że także w kwestii relacji seksualnych istnieją uniwersalne wartości. Że pewne wzorce po prostu SĄ lepsze. I warto ich przestrzegać dla dobra samych ludzi. Wygląda na to, że warto przestrzegać zakazu niewolnictwa, prawda? Tak samo świat wkrótce odkryje, iż warto przestrzegać równouprawnienia kobiet również w tym względzie, że należy się kobietom, by nikt nie odgadywał z góry, czego chcą w seksie, zanim same to wprost powiedzą.

Pisząc to widzę, że bodaj nawet w najbardziej cywilizowanych krajach jest to dalej fantastyka. W naszej części świata pisarze SF (tak, Ziemkiewicz; ale i Dukaj, chyba w „Czarnych oceanach”) grają larum, że rozmawianie o zamiarach seksualnych wprost oznacza społeczne wyjałowienie i totalną utratę romantyzmu. Tylko że ja takiego romantyzmu nie kupuję. Bo on jakoś polega na tym, że to kobieta ma nie mówić wprost. Podczas gdy nawet najbardziej konserwatywni mężczyźni są w sprawach manewrów miłosnych nad podziw wygadani i prostolinijni. Więc do tych wszystkich, którzy mówią mi na forach, że fantazjuję nie dostrzegając, jak jest: Ależ dostrzegam. Ale bieżąca rzeczywistość to jedno, zmienianie jej krok po kroku to drugie, a widzenie na horyzoncie tego, do czego dążymy, to trzecie. Nie ma powodu, żeby rezygnować z tych dwóch ostatnich, bo jakimś panom jest wygodnie tak, jak było dotychczas. Jakimś paniom może na przykład akurat nie być wygodnie.

Żeby chłop nie mógł z gołą babą w windzie…!?

Młodsze pokolenie – sądząc po reakcjach na mój niewinny twitt – ma chyba życie seksualne bardzo uregulowane i ponure.

Rafał ZiemkiewiczSerio, młode pokolenie kobiet ma ponure życie seksualne, bo nie są gwałcone, gdy nie mogą się bronić pod wpływem alkoholu?

To jest ciekawe zjawisko, że mówiąc o ludziach ma się na myśli mężczyzn.

Zabobony całkiem dobrze rosną na glebie nauki

To działa na zasadzie: Chcesz uderzyć psa, kij się zawsze znajdzie. Ostatnio są modne kije „naukowe”. Kontrolowanie życia kobiet pod pretekstem, że „naukowcy odkryli” i że „sama natura tak to już zrobiła”. Mnie fascynuje to zjawisko, jak konserwatyści selektywnie korzystają z informacji o odkryciach naukowych (raczej popłuczyn po tych informacjach), żeby wmówić ludziom tezy światopoglądowe. Była psychologia ewolucyjna, teraz będzie epigenetyka.

Piewcy postępu kilkadziesiąt lat temu nie przewidzieli, że na bazie wiedzy naukowej też da się budować zabobony. Bo ludzie i tak nie rozumieją nauki, która stoi za odkryciami, więc przyjmują ją dokładnie tak samo jak magię i religię – na wiarę. A ponieważ naukę trzeba ludziom podawać do wierzenia w uproszczonej formie, to kierunek tych uproszczeń i nagięć będzie taki, żeby uczynić zadość przesądom już wcześniej żywionym przez społeczeństwo.

Richardson, S. S., Daniels, C. R., Gillman, M. W., Golden, J., Kukla, R., Kuzawa, C., & Rich-Edwards, J. (2014). Society: Don’t blame the mothersNature,512(7513), 131.

Najlepszy model rodziny dla kobiety

CBOS wykonał badanie „O roli kobiety w rodzinie” (pdf). Co prawda nie ze wszystkich interpretacji jestem zadowolona (np. prasowanie nie musi świadczyć o zniewoleniu kobiet, bo w dzisiejszych czasach można prasować bardzo rzadko). Ale wyniki są bardzo ciekawe. Zauważyłam dwie prawidłowości, z których mało kto zdaje sobie sprawę.

1. Uważa się, że jeśli rodzina ma wysokie dochody, to wystarczy, aby dostarczał je mąż, a kobiety wówczas chętniej siedzą w domu. Bo nie muszą pracować. Z tego badania wynika coś przeciwnego. Im wyższy dochód, tym więcej par preferuje i realizuje model partnerski. Szkoda, że nie pokazano szerszej skali dochodów, bo w tym raporcie najwyższy przedział to powyżej 1500 zł na osobę. Byłabym ciekawa, co mówią respondenci o naprawdę bardzo wysokich dochodach. Może dopiero tam żonom nie chce się pracować?

2. W małżeństwach partnerskich aż 55% kobiet czuje satysfakcję z takiego modelu i tylko 10% czuje się z nim źle. Natomiast w małżeństwach tradycyjnych lub takich, gdzie kobieta więcej pracuje dla domu, źle się czuje prawie 1/3 kobiet. To jest bardzo ważna wiadomość. Bo konserwatyści lubią mówić, że małżeństwo tradycyjne to model naturalnie stworzony dla kobiety i jej potrzeb. Tylko że gdy kobieta już się w takim modelu znajdzie, to nie pytają jej, czy faktycznie jest jej dobrze.

Właśnie ta tabelka obrazująca satysfakcję kobiet pokazuje, jak wielki jest rozdźwięk między abstrakcyjnymi teoriami, a odczuciami samych kobiet. To dopiero pokazuje, że te teorie muszą być tworzone i propagowane przez ludzi niezainteresowanych faktycznym dobrostanem kobiet. To wręcz niezwykłe, że w społeczeństwach demokratycznych funkcjonują tak silnie rozpowszechnione teorie dotyczące porządku społecznego, które nie biorą pod uwagę informacji zwrotnej od osób będących obiektami tych teorii.

Każdy, kto chciałby uczciwie stworzyć teorię „najlepszego modelu rodziny dla kobiety”, musiałby przyznać, że ewidentnie model partnerski jest dla statystycznej większości kobiet najlepszy.

Solidarność ze sprawcą

Dość rozpowszechnione jest przekonanie, że im większa swoboda seksualna kobiet, tym większe ryzyko zgwałceń. W tej notce bloger Slwstr stawia tezę, że jest wręcz przeciwnie. Przytacza dane statystyczne sugerujące, że właśnie im większą swobodę dysponowania własnym ciałem mają kobiety, tym mniej zgwałceń. Wyjaśnia to tym, że gdy pojawia się taki nowy obszar wolności, to wkrótce (choć co prawda nie od razu) pojawiają się normy społeczne chroniące tę wolność. I w ogólnym rozrachunku okazuje się, że one bardziej chronią kobiety przed gwałtem, niż brak wolności.

Choć – amicus Plato, sed magis amica veritas – nie jestem pewna, czy przytoczone dane liczbowe rzeczywiście wystarczają do udowodnienia owej tezy. Bo mimo że zgwałcenia uważane są za najpoważniejsze z przestępstw, to o dziwo statystyki na ich temat zbierane są w sposób bardzo lichy. Różnią się metodologicznie pomiędzy różnymi krajami i różnymi okresami czasu. Kilka razy przekopywałam się w internecie przez dostępne dane na temat zgwałceń i widziałam to wyraźnie. Bardzo potrzeba systematycznych, ujednoliconych , ponadnarodowych badań na ten temat. Więc polecam ten tekst, bo mam poczucie, że ta teza jest prawdziwa i że w przyszłości da się ją udowodnić. 

Ale to był tylko wstęp, i tak naprawdę chcę napisać na inny temat, którego Slwstr nie poruszył. Gdy napisał, że zwykły mężczyzna przecież nie gwałci po parkach, zwróciłam uwagę na następujące zjawisko: Mężczyźni, którzy używają argumentu o prowokującym ubiorze w środku ciemnego parku etc. argumentują tak – „wiem, jak taka kobieta oddziałuje, bo sam jestem mężczyzną”. Innymi słowy, mężczyźni solidaryzują się ze sprawcami gwałtu!

Gdy zapytać o uściślenie, mówią coś, co sprowadza się do: „Sam bym nie zgwałcił, bo mam hamulce, ale nie dziwię się jego odczuciom. Wystarczyło, że nie miał hamulców i nieszczęście gotowe”. Chyba nie słyszałam żeby ktoś solidaryzował się z innymi (ciężkimi! o tym zaraz!) przestępcami w ten sam sposób: „Sam bym nie zabił i nie poćwiartował, bo mam hamulce, ale nie dziwię się, że ofiara tak go wkurzyła. Wystarczyło, że nie miał hamulców, to zabił i poćwiatował, wiadoma sprawa.”

To oznacza, że ci mężczyźni zasadniczo lubią sobie wyobrażać siebie jako zdolnych do gwałtu. Oraz jako zdolnych do powstrzymania się od niego. To zasadniczo inna postawa poznawcza niż socjalizacja do niechęci do jakiejś innej obrzydliwej zbrodni, typu seks z dzieckiem, zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem itp. Nikt sobie nie lubi wyobrażać siebie jako zdolnego do tych ohydnych rzeczy. Natomiast do gwałtu – owszem.

Panuje przekonanie, że ohydne zbrodnie przydarzają się tylko zwyrodnialcom, którzy umysłowo są całkiem inni od nas i ich odruchy są dla nas niepojęte. Natomiast gwałt – przydarza się przestępcom, którzy mają dokładnie takie same odruchy jak my, a jedynie brak im samokontroli. Nad tym błędem poznawczym należy pracować w wychowaniu młodych mężczyzn (ba, ale czy to obiektywny błąd, czy raczej styl socjalizacji? o tym niżej). 

Bo wydaje się, że zdolność do gwałtu jest dla nich prawie tożsama ze zdolnością do seksu. Skoro więc zdolność do seksu jest cechą bardzo pozytywną i definiującą mężczyznę, to pokrewna jej zdolność do gwałtu wydaje się wtedy też pewnym stopniu pozytywna. Mężczyźnie zdolnemu do gwałtu należy tylko dodać owe mityczne „hamulce” i staje się zupełnie prawidłowym mężczyzną. Błąd polega na myśleniu, że różnica pomiędzy posiadaniem hamulców i ich brakiem to jest zupełnie mały pikuś. Tymczasem to jest właśnie zasadnicza różnica. Człowiek posiadający hamulce przed uprawianiem seksu z dziećmi lub przed obdzieraniem bliźniego żywcem ze skóry w ogóle tak by siebie nie widział – że to tylko drobna kwestia posiadania hamulca. On powie: „w życiu nie jestem zdolny do takiego obrzydlistwa!”, a nie: „jestem zdolny, tylko na szczęście mam hamulce”. Ten hamulec jest w tym przypadku tak zinternalizowany, że człowiek uważa jego istnienie za fundamentalną cechę normalnej osobowości, a nie za coś opcjonalnego jak w przypadku gwałtu.

Wychodzi na to, że są dwa rodzaje przestępstw: Takie, do których każdy czuje się zdolny warunkowo, ale wie że ma odpowiednie hamulce. I takie, do których czuje się fundamentalnie, z samej swojej natury niezdolny. Np. w zasadzie każdy uznaje się za zdolnego do zabójstwa – w obronie własnej, w obronie najbliższych, w obronie ojczyzny. Słowem, w sytuacji, gdy sprawca sprowokuje wystarczająco mocno. Do tej grupy niestety, jak pokazałam wyżej, należy też przestępstwo zgwałcenia. Do drugiej grupy należą przestępstwa uważane za absolutnie odrzucające: seks z dzieckiem, obdzieranie żywcem ze skóry, itp. Tutaj już każdy powie, że nie jest „takim” człowiekiem, że to nie kwestia hamulców, lecz kwestia absolutnej, przyrodzonej niezdolności.

I teraz – gdy klasyfikujemy się jako „z natury” zdolni lub niezdolni do jakiegoś przestępstwa, to jest to obiektywne? Czy owa solidarność mężczyzn z gwałcicielami jest obiektywnym błędem, czy naprawdę każdy jest zdolny do każdej zbrodni?

Gdy spojrzeć na to chłodnym okiem – wcale tak nie jest, że przestępstwa uznawane za tę drugą, fundamentalnie złą kategorię związane są z hardware’ową zdolnością lub niezdolnością człowieka. Tak naprawdę w ciągu dziejów obyczaje zmieniały się bardzo. I różne przestępstwa przesuwały się z grupy do grupy. Natura ludzka jest dużo bardziej płynna, niż ludzie lubią sobie wyobrażać.

Natomiast to socjalizacja wpaja nam, że pewne rzeczy są absolutnie, stuprocentowo nienaturalne i że nie jesteśmy do nich zdolni. I co ciekawe – sprawia, że rzeczywiście nie jesteśmy do nich zdolni. Po odpowiednio długim procesie wychowania w danej kulturze zaczynamy się utożsamiać z taką a nie inną „naturą”. Gdybyśmy jednak byli wychowani w innej kulturze, która nie nałożyłaby nam tego przekonania – to owszem, bylibyśmy zdolni. Ciekawa jestem, czy na skutek odpowiedniego wychowania zgwałcenie da się przesunąć z jednej kategorii do drugiej. Chyba jeszcze żadna cywilizacja na świecie tego nie próbowała.

Gwałt w Lesie Kabackim – pora na zdemaskowanie idiotyzmów

O Wokół sprawy zgwałcenia w Lesie Kabackim napisano tyle idiotyzmów, że pora wreszcie je skomentować.

Idiotyzm 1. Burmistrz Ursynowa, Piotr Guział, napisał na twitterze:

Tragedia. Współczuję. Nie biegajcie po zmroku samemu w miejscach odludnych. Tylko jak ona biegła po ciemku?

Gdyby burmistrz Guział miał wiedzę o własnej dzielnicy, albo chociaż wszedł na wikipedię, to by wiedział, że na całym Ursynowie w 2012 roku nie zanotowano ani jednego zgwałcenia. A jest to aglomeracja wielkości średniego miasta wojewódzkiego – i zawiera w sobie także Las Kabacki. 

Kiedy ostatnio zgwałcono kogoś w Lesie Kabackim? W internecie nie ma wzmianki, a przecież byłaby afera w mediach – więc pewnie od kilkunastu lat nie było tam przypadku zgwałcenia kobiety przez nieznajomego.

Zatem pitolenie o niebezpieczeństwie biegania samotnie, o potrzebie odpowiedzialności, jest tylko pozornie racjonalne. Jeśli pan Guział ostrzega kobiety przed niebezpieczeństwem gwałtu na Ursynowie, to sto razy bardziej powinien ostrzegać przed niebezpieczeństwem wpadnięcia pod samochód. Niech kobiety będą odpowiedzialne! Niech nie wychodzą na ulicę, bo jeszcze będzie wypadek!

Wyobraźcie sobie, że po wypadku samochodowym na Ursynowie burmistrz komentuje: „Tragedia. Współczuję. Nie wychodźcie same z domu, przecież tam jeżdżą samochody. Jak ona w ogóle szła tą ulicą?”

Idiotyzm 2. Podczas gdy burmistrz Guział jedną ręką pisze prostackie komentarze na twitterze, to drugą ręką organizuje takie demagogiczne akcje:

Ursynów po gwałcie w Lesie Kabackim: będą bezpłatne szkolenia z samoobrony
(…)Wspólnie z byłymi żołnierzami GROM skupionymi w Grupie Reagowania Antykryzysowego, uruchomimy jeszcze we wrześniu bezpłatne szkolenia podczas których mieszkanki Ursynowa nauczą się podstawowych zasad postępowania w sytuacji napadu

Zorganizowane z doskoku jednorazowe szkolenia nikogo nie nauczą obrony przed przestępcą. I czego może nauczyć przeciętną obywatelkę o przeciętnej kondycji żołnierz z jednostek specjalnych? To jest hucpa i efekciarstwo. 

Akurat kogoś zgwałcili? Doskonała okazja, żeby wypromować się przed referendum.

Idiotyzm 3. Często w komentarzach internautów pojawiają się pozornie logiczne argumenty: „Dlaczego kobiety tak irytują się na apele o odpowiedzialne zachowanie? Przecież mężczyźni też muszą się chronić przed przestępstwami!”. Takie jak ten:

Też mnie wkurza, że muszę zamykać dom na klucz, że w pracy mamy alarm, a do skrzynki pocztowej muszę wpisywać hasło.

Analogia dobra tylko pozornie. Dobra byłaby, gdybyśmy żyli w kraju, gdzie są dwie kasty:

– Jedna nigdy nie zamyka drzwi na klucz, bo twierdzi, że nikt jej niczego nigdy nie kradnie. I wszyscy uważają to za oczywistość. Ta kasta jest uważana za nietykalną. Jakby się jakiś złodziej znalazł, to byłby uznany za zepsutego do szpiku kości zwyrodnialca. Czasem się tacy znajdują, ale… o tym się nie mówi.

– Natomiast druga kasta musi zamykać drzwi na zamki, bo z ich mieszkań wolno ukraść, jeśli drzwi są uchylone. Wtedy są tylko sami sobie winni. Co więcej, realne prawdopodobieństwo kradzieży jest niskie  (np. w 150-tysięcznej dzielnicy przez rok nie okradziono ani jednego przedstawiciela tej rzekomo narażonej kasty). Ale całe społeczeństwo jest przekonane, że niebezpieczeństwo owo jest niezwykle wysokie. Szczególnie kasta pierwsza pochyla się z troską nad kastą drugą i regularnie apeluje do jej odpowiedzialności w obliczu niebezpieczeństwa kradzieży. Kasta druga internalizuje sobie przekonanie o niebezpieczeństwie, rzadko wychodzi z domów, zaopatruje się w kosztowne zamki i kraty w oknach. Poza domem nękana jest przez obawy, czy aby tymczasem złodziej się nie włamuje. 

To jest ładnie pokazane tutaj: Na pewnym szkoleniu prowadzący zapytał – „Jakie kroki wy, faceci, czynicie codziennie, żeby uchronić się przed przemocą seksualną?” Cisza. A na to samo pytanie skierowane do kobiet lista codziennych środków ostrożoności była długa: „Nie chodzę po zmroku sama, biegam w towarzystwie psa, sprawdzam czy mam przy sobie telefon, noszę gaz w spray’u, mam nagrany męski głos na automatycznej sekretarce, noszę klucze w takim miejscu, by móc użyć ich jako broni, nie wsiadam do windy z obcymi facetami, na pierwszą randkę umawiam się w miejscu publicznym, nie chodzę na imprezy sama, pilnuję swojego drinka itp.” 

Idiotyzm polega na przeszacowaniu prawdopodobieństwa niebezpieczeństwa. Gdy ktoś pcha się w objęcia zagrożenia, wiedząc, że jest ono bardzo prawdopodobne, to jest nieodpowiedzialny, prawda? Ale gdy komuś zdarzy się mało prawdopodobny wypadek w ogólnie bezpiecznym miejscu – to nie nazwiemy go nieodpowiedzialnym. Otóż społeczeństwo przekonuje kobiety, że niebezpieczeństwo gwałtu jest wszechobecne. Nie ma bezpiecznych miejsc. Więc kobieta odpowiedzialna powinna mieć oczy dookoła głowy zawsze i wszędzie.

Jak widać na przykładzie statystyk bezpieczeństwa dla Ursynowa – przekonanie o niebezpieczeństwie czyhającym na kobiety jest nieracjonalne.

Druga strona tego idiotyzmu polega na zupełnie innym szacowaniu niebezpieczeństwa czyhającego na mężczyzn. Wrzućmy w google hasło „pobicia na Ursynowie„. Wyskakuje dużo wiadomości. Najwyraźniej pobić było więcej niż zgwałceń. I dotyczyły mężczyzn. Ale nie… Ursynów jest przecież bezpieczną dzielnicą!… Nikt nie apeluje do mężczyzn, żeby nie spacerowali sami po Ursynowie, zwłaszcza po zmroku, bo to nieodpowiedzialne.

Idiotyzm 4. Przekonanie, że odpowiedni ubiór ochroni przed gwałtem, a nieodpowiedni zwiększy prawdopodobieństwo gwałtu – czyli jest nieodpowiedzialny. Właśnie o tym pisała Lady Pasztet:  Na jakimś portalu sportowym Wujek Dobra Rada zamieścił poradę dla biegaczek, żeby unikały legginsów i ubierały się w luźne dresy.

Takie pomysły komentowałam już tutaj: Nie chodź wyzywająco ubrana do lasu . Nie udowodniono związku rodzaju ubioru z prawdopodobieństwem zgwałcenia. Interesujące, że policja ignoruje tę wiedzę. Niedawno na Śląsku

Podczas spektakularnej akcji katowicka policja zatrzymała seryjnego gwałciciela. Wcześniej napadł na cztery kobiety. Jechał autem za autobusem, którym podróżowała jego kolejna potencjalna ofiara – pisze gazeta.pl. Mundurowi zdradzają, że ubrane w minispódniczki policjantki chodziły po mieście, chcąc sprowokować sprawcę. Jednak wpadł przez swoje auto (dwie ofiary zeznały, że w pobliżu widziały fiata punto).

Ot, czego oczekiwać od policji, która do śledztwa wynajmuje jasnowidzów?

Gender gap w matematyce

Oto wyniki testów PISA 2009 (pdf). Mapa pokazuje różnicę pomiędzy dziewczynkami a chłopcami w testach z matematyki.

Otóż świat dzieli się na wschód i zachód. Na wschodzie świata (były blok radziecki, Skandynawia, Azja) nie ma różnicy w wynikach z matematyki między chłopcami i dziewczynkami. Na zachodzie świata jest różnica. A największa w krajach anglosaskich – Wielkiej Brytanii i USA.

Zawsze mówiłam, że kraje anglosaskie są pod wieloma względami bardziej patriarchalne niż kraje słowiańskie.

Ten rysunek pokazuje, jak bardzo bez sensu jest przeflancowywać lokalny feminizm z tamtych pozornie bardziej rozwiniętych krajów do Polski.

Jest to grzech polskiego feminizmu akademickiego i inicjatyw takich jak np. ten portal, który publikuje same tłumaczenia angielskojęzycznych tekstów feministycznych.  Zdaje się, że zwłaszcza dorobek akademicki feminizmu polskiego opiera się silnie na tym, co wypracowano w krajach anglosaskich, bo to one dominują w publikacjach naukowych. Problem w tym, że one nijak nie trafiają do polskich odbiorczyń, bo analizują problemy, których nie ma w naszej kulturze, a zaniedbują te specyficzne dla nas.

Budujące świadectwo

Rzadko, naprawdę rzadko ktoś tak szczerze przyznaje się do zmiany poglądów! Budujące!

Red. Jerzy Sosnowski z Trójki – dotychczas na swoim blogu dawał wyraz światotpoglądowi, który można by określić jako katolicyzm otwarty, lecz raczej konserwatywny. Dziś pisze:

Uważaliśmy, że (…) skoro zgłaszamy wobec życia erotycznego innych ludzi désintéressement, ten brak zainteresowania winien być także respektowany przez pary homoseksualne wzajemnością w postaci niedomówienia, co właściwie je łączy. Innymi słowy, wymiana uprzejmości miała polegać na tym, że my nie narzucamy im (oczywiście) heteroseksualnych oczekiwań, a oni nie konfrontują nas z homoseksualnymi zachowaniami (mam na myśli gesty, świadczące o zażyłości). (…)

Ale w Köln otworzyły nam się oczy (…). Chodzi o to, żeby homoseksualista nie musiał się starać być bardziej niewidzialny, niż heteroseksualista. 

Tak, całowali się przy nas jacyś mężczyźni i przytulały do siebie kobiety. I jakąś szkodę nam to przyniosło? Ano nie, właśnie.

Po krawacie mnie poznacie

Nie wiedziałam, że takie rzeczy w ogóle istnieją! Odkryłam dziś, że na youtube są setki filmików z wróżkami i wróżbitami.

Skąd oni biorą takich mistrzów? Pod filmem internautka skomentowała, że wróżbita David gra w pornosach.

I rzeczywiście, serwis Pudelek donosi: Wróżbita Maciej oburzony zdjęciami wróżbity Davida!

„Odrażające!” Ta afera „obniża wiarygodność wszelkich programów ezoterycznych i osób w nich występujących!” – woła dramatycznie wróżbita Maciej.

Wróżbita David podchodzi do afery z autoironią – co można usłyszeć, jeśli się chce, pod koniec tego programu:

Dwie Koree, czyli z czego ludzie potrafią zrobić dramat

Oglądałam dziś dwa filmy: z Korei Północnej i Południowej.

Północnokoreański film Wish z 2012 roku: Rozgrywa się tu śmiertelnie serio dramat rodzinny z powodu konfliktu wartości. Ale jakich wartości! Na jednej szali zranione uczucia dziecka, którego ojciec jest wciąż nieobecny z powodu pracy. Na drugiej szali – ojciec musi tyrać, bo jego życiowym marzeniem jest… zapracować sobie na zdjęcie zbiorowe z Generalissimusem. Rozdzierająca scena, gdy na dokładkę zdjęcie z Wodzem robi sobie najpierw matka… 

Południowokoreański film My little bride z 2004 roku: Myślałby kto, że wracamy z obyczajami do XXI wieku. Nic bardziej mylnego! Fabuła ryje mózg widza zaraz na początku: Uświadamiamy sobie, że w kraju high-tech i w wielkim mieście możliwa jest historia rodem z „Potopu”: Dziadunio w testamencie zapisuje wnuczkę za mąż pewnemu kawalerowi i niespodziewanie nadchodzi ta chwila, gdy trzeba iść do ołtarza. Gorzej niż u Sienkiewicza, panna ma 15 lat… 

Aż zwątpienie bierze: Czy istnieją jakieś ogólnoludzkie wartości? Tu coś może być dramatem, tragicznym dylematem moralnym, poświęceniem dla idei, dla dobra – a po drugiej stronie kuli ziemskiej (a nawet po drugiej stronie granicy) powiedzą: Ale oni głupi, i po co sobie tak utrudniać życie?