Zgadnij, jakie rozwarstwienie panuje w Polsce? [Test]

Czy potrafisz prawiłowo ocenić nierówności społeczne w Polsce? Jesteśmy społeczeństwem klasowym, czy egalitarnym? Dzielimy się na elitę i biedne masy, czy większość stanowi klasa średnia?

Poniższe diagramy przedstawiają różne typy społeczeństwa. Wybierz, który według ciebie najlepiej opisuje Polskę:

International Social Survey Project survey (2009),  V. Gimpelson, D.Treisman, „Misperceiving inequality„, NBER Working Paper No. 21174 (May 2015), za zgodą autora.

Odpowiedź na zagadkę znajduje się poniżej: Należy wybrać kraj. Można porównać pomiędzy różnymi krajami. Czeka was wiele niespodzianek. Jeśli prezentacja nie wyświetla się, kliknij na link: http://www.iwkoeln.de/__extendedmedia_resources/176927/index.html

http://www.iwkoeln.de/__extendedmedia_resources/176927/index.html
Prezentację przygotował Koloński Instytut Badań Ekonomicznych na podstawie badań  Social Survey Programme 2009,  Socio-economic Panel 2011 i statystyk Unii Europejskiej.

Więcej o badaniach postrzegania nierówności społecznych – w poprzedniej notce.

 


Komentarze

Gość uber_amsterdam *.adsl.inetia.pl 22.05.2015

Rozkład ilościowy dla Polski wygląda super (silna klasa średnia, stosunkowo niewielu bogaczy i biedaków) – zupełnie jak w Niemczech, ale te zestawienia nie mówią wszystkiego; istotny jest jeszcze rozkład wartościowy, a mianowicie: ile ta górna (i dolna) 1/7 społeczeństwa zgarniają z całej puli zakumulowanego PKB (dochody, przychody i dziedziczenie majątków)? Ciekaw jestem, jak wyglądałoby takie zestawienie dla Ukrainy – bo obawiam się, że zestawienie mogłoby nie unaocznić dobrze oligarchizacji ekonomicznej kraju (przed rewolucją na Ukrainie czytałem, choć nie potrafię teraz podać źródła, że kilkudziesięciu oligarchów skupia w swoich rękach od połowy do 2/3 całego PKB, a wskaźnik Giniego dla Ukrainy ewidentnie nie odzwiedciedla oligarchizacji kraju).

Kiedyś, z nudów, nagryzmoliłem sobie, jak wyglądałby (według mnie) dzienny przychód na mieszkańca w dolarach, w przeliczeniu na parytet siły nabywczej, tj. GDP (PPP) per capita dla paru przykładowych krajów – innymi słowy, ile procent społeczeństwa może sobie kupić za „wirtualnego” dolara ze „standardowego” koszyka dóbr i usług (bo 1 dolar nie „waży” tyle samo w Norwegii i w Somalii):
wykres
Założyłem przy tym, że:
– w socjalnej Szwecji praktycznie nie ma biedoty, za to klasa średnia jest bardzo silna,
– w DRK większość społeczeństwa żyje za <1$ dziennie, a prawie wszystkie zyski z eksploatacji surowców transferowane są za granicę przez lokalnych watażków,
– w ChRL za czasów Mao nierówności praktycznie nie było, a każdy miał swoją miskę ryżu dziennie (i nic ponadto).
– Indie są społeczeństwem kastowym, co odbija się na strukturze socjoekonomicznej,
– oligarchowie na Ukrainie zgarniają całą pulę (to ten milimetr z prawej strony, nie mieści się na wykresie), ponadto prawie nie ma tam klasy średniej; dlatego wykres stosunkowo bogatej Ukrainy (8600$ PPP*) jest niebezpiecznie blisko do tego indyjskiego (5800$ PPP*), gdzie jest (z ich punktu widzenia) bieda, ale nierówności są niewielkie (* – dane stąd).

Czy w książce są zestawienia tego typu? Bo chciałbym porównać je z rzeczywistymi wyliczeniami – i sprawdzić, czy trafiłem choć w przybliżeniu 😉

kakaz 23.05.2015

Polecam przeczytanie: smarterpoland.pl/index.php/2014/03/pisa-a-status-ekonomiczny-spoleczny-i-kulturowy/ Artykuły z prosto z Paryża, choć modne wśród inteligencji, niekoniecznie dobrze opisują sytuację w kraju takim jak Polska. Jest jakimś kuriozum, ze za specjalistów od Rosji w tym kraju uważa sie profesorów z Oxfordu 😉 a o sytuacji w naszym kraju inteligencja dowiaduje sie wyłącznie z prac w języku angielskim. No ale też faktem jest że nawet największy bzdet i szmira śpiewana po angielsku brzmi dla ucha warszawiaka jak piękna rockowa ballada 😉

Gość axl *.pat.umts.dynamic.t-mobile.pl 31.05.2015

A tu małe uzupełnienie nt nierównościowego skrzywienia: Trystero

loleklolek_pl 05.06.2015

W Polsce wszystkie grupy do linii „middle” włącznie to to samo, co w US, najniższa grupa…

Nie chce mi się czytać raportu, więc może ktoś komu się zechciało może rozwiać moje wątpliwości i powiedzieć, czy „net” to to samo, co „disposable”? I czy uwzględniono ceny mieszkań tylko z regionów, gdzie bezrobocie jest <5%?

 

Czy propaganda sukcesu w Polsce to kłamstwo?

Pojawiło się nowe badanie, jak ludzie postrzegają nierówności dochodów w ich kraju, w porównaniu z tym, jaka jest rzeczywistość.

Oryginalny artykuł naukowy jest tutaj: V. Gimpelson, D.Treisman, „Misperceiving inequality”, NBER Working Paper No. 21174 (May 2015). Niestety nie jest w wolnym dostępie, ale jeśli ktoś korzysta z sieci uniwersyteckiej, to powinien być dostępny*. Streszczę parę szczegółów:

Większość narodów postrzega poziom nierówności jako wyższy, niż jest w rzeczywistości. Szczególnie Europa Wschodnia, a najbardziej Ukraina. Ciekawym wyjątkiem jest Rosja, gdzie obywatele postrzegają swoje społeczeństwo jako stosunkowo egalitarne, a tymczasem w rzeczywistości poziom nierówności jest jednym z najwyższych. Widać wciąż żyją mitem państwa robotników i chłopów.

Polska ma podobny poziom nierówności jak Japonia i Korea, jednak w tamtych krajach obywatele postrzegają ten poziom realistycznie, podczas gdy Polacy mają wrażenie, że nierówności są większe niż naprawdę.

Obok Rosjan także Chińczycy przodują w niedocenianiu poziomu nierówności. Nierówności u nich są ogromne, a oni myślą, że małe. Wygląda na to, że polityka wmawiania obywatelom, że jest dobrze i wszyscy są równi – działa.

Tu nasuwa się myśl o krytykach retoryki prezydenta Komorowskiego, że jest dobrze, że osiągnęliśmy sukces. Krytycy uważają to za kłamstwo. Ludzie w Polsce nie wierzą w propagandę sukcesu. Albo jest ona wciąż za mało stosowana. To badanie pokazuje, że taka propaganda w Polsce NIE byłaby kłamstwem, lecz przeciwnie – uświadomieniem prawdziwych proporcji.

Jeszcze ciekawy szczegół:

Ludzie w Europie ZUPEŁNIE ŹLE postrzegają trendy. Wszyscy w Europie są przekonani, że w latach 2007-2010 wzrosło ubóstwo. W każdym z krajów takie przekonanie żywiło od 65% do 95% społeczeństwa. Tymczasem KOMPLETNIE to się nie korelowało z rzeczywistym wzrostem ubóstwa. Na oko widać z wykresu, że w połowie krajów ubóstwo wzrosło, w połowie zmalało**. Ale przygniatająca większość obywateli była przekonana, że wzrosło.

Polska jest tam i tak na najlepszej pozycji, bo TYLKO 65% obywateli było przekonanych o wzroście ubóstwa (podczas gdy zmiana wynosiła praktycznie zero!). We wszystkich innych krajach przekonanie o wzroście ubóstwa było większe.

Bardzo możliwe, że ten mimo wszystko najlepszy wynik Polski to efekt propagandy sukcesu rządu PO – hasło o zielonej wyspie.

*Pewne omówienie tych badań można znaleźć w Washington Post i w Die Zeit.
** Dokładniej, autorzy piszą: Poverty had actually increased in eight of these countries, decreased in six, and stayed the same in 13 in 2007-10 (again coding as “stayed the same” countries where the rate changed by less than plus-or-minus one percentage point). Yet in all 27 of these countries, more than 65 percent of respondents thought that poverty had increased, and on average 31 percent thought it had “strongly increased.” Zmiana w Polsce części populacji żyjącej w ubóstwie wyniosła, z dokładnością do mojego odczytania z wykresu, około 0.25%.


Komentarze

szkocka07 20.05.2015

Jest też artykuł z 2014, J. Niehues, Subjective Perceptions of Inequality and Redistributive Preferences, dotyczący tylko krajów UE i USA. Bonusem są fajne interaktywne infografiki, które pozwolę sobie zalinkować (jest tam też link do samego artykułu).
A jeśli ktoś woli streszczenie, to dorzucę jeszcze Financial Times (też z infografikami).

kakaz 23.05.2015

badania jak badania, są selektywne. Rozkłady dochodów są skośne. Czasami są wielomodalne ( czyli mają kilka maksimów). Nie wiem czy podlinkowane prace doszły az do takiego etapu uczciwości/sensowności metodologii, ale w Polsce rozkład dochodów jest rozkładem dwumodalnym ( dwa maksima) przy czym odległość między nimi powiększa się od wielu lat. Główna część rozkładu – ludzie w dużych miastach ( których przybywa), wykształceni, pracujący, w średnim wieku – wypisz wymaluj odbiorcy propagandy PO – są w części która zachowuje sie zgodnie z tym co piszesz – polepsza się im, średnia rośnie.
Druga część rozkładu pozostaje mniej więcej tam gdzie jest, a istnienie tych ludzi jest wstydliwym trupem w szafie, którego z powodów wstydu i ksenofobii – ta cześć lepiej zarabiająca nazywa – nieudacznikami, homo sovieticus itp. Np. homofob Czapliński wolałby by ci ludzie wyjechali zamiast glosować w wyborach prezydenckich. Gdyby mówił o żydach albo chociaż kolorowych – to by mu wytknęli rasizm. Ponieważ mówi tylko o ludziach w gorszej kondycji majątkowej i bardziej skomplikowanej sytuacji życiowej niż awansujący w warszawce single z kredytem na mieszkanie – ludziach bez wykształcenia, z wiosek, gdzie nie ma opieki medycznej, autobus nie dojeżdża a nawet jak dojeżdża to praca jaką mogą znaleźć nie wystarcza na opłacenie dojazdów do niej – to uważa sie że powiedział coś dowcipnego – kiedy to jest intelektualne dno…

Część ludzi w Polsce, którym sie powodzi – to cześć słusznie zadowolona z życia. Cześć która pozostaje tam gdzie była – to balast społeczny który ten dobrobyt w końcu zniszczy – odpowiedzą na wezwanie jakiegoś faszystowskiego lobby. Widać to wyraźnie w obecnych wyborach. To jest relikt pokoleniowej już obecnie biedy. I Polska – ma ich w dupie – politykom kompletnie brak pomysłu co z tymi ludźmi zrobić – „jak rozwiązać ich kwestię” – a elity najchętniej by ich deportowały ( na razie mówią o tym żeby się modlić żeby wyjechali – jak Czapliński).

I Ty też Anuszko mówisz że oni są głupi – bo uważają to co widzą – ale nie widza tego co Ty. „Takie widzi świata koło jakie tępymi zatacza oczy”. Inteligencja w Polsce zawsze wolała artykuł z gazety z Paryża, zamiast podróż krajoznawczą do Grójca…

kakaz 23.05.2015

BTW: youtu.be/-B-vASt4xnI?list=RDFDMpqglpyFg 😉

Ursynów Północny do rejestru zabytków!

To blokowisko z wielkiej płyty powinno zostać wpisane do rejestru zabytków. Ma genialny układ urbanistyczny.

Tak, właśnie to osiedle z „Alternatywy 4”. Film mu zrobił złą prasę, ale tak naprawdę dziś dopiero wygląda ono w przybliżeniu w tak, jak miało wyglądać według projektu. Doprowadzono metro, wyrosła zieleń, porządnie otynkowano elewacje.

Zaprojektował je architekt Marek Budzyński, dziś profesor, po powrocie z Danii, zainspirowany pomysłami skandynawskimi. Pomimo że pomiędzy projektem a wykonawstwem i tak trochę zgubiono – bo to był przełom lat 70. i 80., więc materiały nie te, itd. – osiedle zawiera wiele pozornie drobnych szczegółów, które stanowią o komforcie, o jakim nie mogą dziś marzyć mieszkańcy współczesnej twórczości deweloperskiej.

Drobny szczegół 1: Wypuścić dziecko na rowerku

Ursynów Północny widziany z samochodu nie sprawia specjalnie ciekawego wrażenia. Uwaga: bo nie ma sprawiać! To co obserwujemy przejeżdżając przezeń którąś z arterii przelotowych, to nie jest strona frontowa. Zgodnie z projektem front, część reprezentacyjna, jest – od wewnątrz. Z przeciwnej strony niż ulica. Reprezentacyjny wygląd osiedla skierowany jest do widzów poruszających się pieszo.

Oto typowa jednostka osiedlowa (a całość osiedla składa się bodaj z siedmiu takich jednostek, połączonych ze sobą):

Ciągi piesze z zielenią idą po przeciwnej stronie bloków niż drogi dla samochodów. A drogi dla samochodów, będące dojazdem do bloków, to nie to samo, co główne ulice. Od głównych ulic, służących do komunikacji z innymi częściami miasta, bloki oddzielone są: parkingiem, wałem ziemnym i drogą dojazdową. Drogi dojazdowe celowo są kręte, żeby nie kusiły kierowców – tędy nie zrobi się skrótu, nie przejedzie się szybko. To jest dojazd dla mieszkańców. Pośrodku każdej jednostki znajduje się teren zielony ze szkołą i przedszkolem. Pomiędzy jednostkami można się przemieszczać bez przechodzenia przez jezdnię dzięki przejściom podziemnym. W zasadzie – gdyby nie irracjonalna strachliwość dzisiejszych rodziców – można tu wypuścić małe dziecko z rowerkiem i pozwolić mu przemierzyć wiele kilometrów bez ryzyka, że wpadnie pod auto.

Przez całe osiedle można przejść ciągami pieszymi i terenami zielonymi, nawet nie stykając się z ulicą! Poniższy rysunek pokazuje przykładowe takie trasy spacerowe (razem ok. 10 km, i tak chyba nie wszystkie). Na niebiesko zaznaczone są przejścia podziemne.

Żeby wyobrazić sobie skalę tego pomysłu separacji ruchu pieszego i samochodowego, zauważcie, że te ciągi piesze obejmują obszar porównywalny do całego starego Krakowa, od Alej Trzech Wieszczów po Kazimierz. Dla porównania – mapa w tej samej skali:

Typowy ciąg pieszy wygląda tak:

Niby nic, ale zwróćcie uwagę: To jest szeroka uliczka – naprawdę szeroka w stosunku do wysokości budynków, porównajcie z uliczkami na nowych osiedlach – i przeznaczona wyłącznie dla pieszych. Dlatego we wszystkich prawie blokach wejścia do klatek są dwustronne. Wejście frontowe jest od uliczki dla pieszych. Wejście tylne – od uliczki dojazdowej dla samochodów. To także odpowiedź na zagadkę: dlaczego adresy na Ursynowie Północnym są tak pokręcone? Nie – one są intuicyjne, ale z punktu widzenia pieszego, a nie kierowcy! Adresy liczą się wzdłuż uliczek dla pieszych, nie wzdłuż uliczek dla samochodów.

Drobny szczegół 2: Nie przeszkadzać sąsiadom

Co jest ciekawego w tej zwykłej fasadzie?

Pomimo że fabryki wielkiej płyty nie były w stanie wszystkiego wyprodukować zgodnie z pierwotnym projektem – większość bloków jest w tak sprytny sposób pofałdowana, że nie da się zajrzeć sąsiadom na balkon. Luksus nieczęsty w nowych i starych osiedlach.

A co ciekawego widzimy tutaj?

Oczywista oczywistość: Ten blok jest dość wysoki, ale ma wokół siebie odpowiednio dużo miejsca, żeby nie rzucać cienia na sąsiednie budynki. W nowoczesnych osiedlach deweloperskich niedoświetlenie to dramat. Podwórza-studnie jak w XIX-wiecznych kamienicach, tylko czekać aż dzieci zaczną chorować na krzywicę.

Drobny szczegół 3: Ludzka skala

Wszystkie blokowiska z czasów PRL są płaskie. No chyba że wybudowano je w terenie naturalnie pofałdowanym, ale takich terenów w Warszawie nie ma. Tutaj wystarczyło jednak podsypać gdzieniegdzie koparkami 1.5-2 metry ziemi, a krajobraz zrobił się zupełnie inny:

Te krzywizny alejek i pofałdowania terenu są wymierzone dokładnie na ludzką skalę. Zwróćcie też uwagę na kamienie: Liczne głazy wykopane podczas budowy pozostawiono na miejscu dla dekoracji.

Te części bloków, które nie są podsypane ziemią – mają niski parter, a w nim lokale usługowe, takie jak fryzjer, biblioteka. Zgodnie z filozofią osiedla – wchodzi się do nich nie od ulicy, lecz od strony uliczki dla pieszych! O, tak jak tutaj:

Te zaś części bloków, które są  podsypane ziemią, mają na najniższej kondygnacji piwnice, a podest ziemny służy mieszkańcom parteru za prywatny ogródek. Tak jak tu:

Co ciekawe, na zdjęciach lotniczych, albo robionych z jakiegoś wysokiego punktu, Ursynów Północny wygląda na naprawdę gęste osiedle spiętrzonych bloków:


A jednak proporcje budynków są takie, że stojąc na dole człowiek ma wrażenie dużej przestrzeni. To musi być cała nauka – dziś zapomniana – jak wykorzystać perspektywę, żeby budynki i podwórza były dostosowane do skali człowieka.

Choćby taka prosta rzecz, jak zróżnicowanie wysokości budynków! Nowe osiedle Miasteczko Wilanów, choć w zasadzie zabudowane niższymi blokami niż Ursynów Północny, robi przytłaczające wrażenie swoją płaskością:

Tymczasem panorama Ursynowa wygląda tak:

P.S. Przygotowywałam tę notkę dobrych parę dni. W trakcie, gdy ją pomalutku edytowałam, pojawił się na stronie Metro Warszawa taki artykuł, który mówi całkiem podobne rzeczy. Telepatia? 😉 Takie zjawiska zdarzały mi się już kilka razy wcześniej na tym blogu.

Tamten tekst jednak nie pokazuje szczegółowo, o co chodziło z urbanistyką Ursynowa, nie ma tam zdjęć i mapek z przykładami. Zwróciłam uwagę, że nieściśle piszą tam o „ciągach pieszo-jezdnych”. W rzeczywistości cały pomysł polega na oddzieleniu ciągów pieszych od jezdnych, co widać na mapkach pokazanych u mnie. Artykuł bardziej skupia się na pewnych wadach Ursynowa, które wynikają z nietrzymania się pierwotnego projektu – warto to także przeczytać. Wiele złego zrobili współcześni deweloperzy. Właśnie dlatego jestem za wpisaniem Ursynowa Północnego do rejestru zabytków, żeby już nikt go więcej nie psuł.


Komentarze
Gość: Mika, *.dynamic.chello.pl
2015/05/10 12:43:55
Bardzo ciekawy artykuł – dziękuję, że mogłam go przeczytać 🙂
2015/05/13 19:47:25
Bardzo dobre!

Chętnie bym przeczytał parę słów na temat Krakowa również.

2015/05/14 20:22:20
O Nowej Hucie mnóstwo już napisano.
2015/05/14 21:10:43
Ciekawe.
2015/05/15 12:07:49
Cóż, Anuszko, starość nie radość. Pękasz. Nie dosyć że zaczynasz chwalić PRL, to jeszcze w niebezpieczny sposób zaczynasz krytykować obecną architekturę. A przecież wiadomo że stan owej architektury w żadnej mierze nie jest wynikiem spisków czy braku wiedzy, a nawet jak ktoś mógłby przypuszczać, cwaniactwa developerów, którzy wciskają byle co za ciężkie pieniądze klasie średniej. To sa globalne procesy wolnorynkowe które maja miejsce na całym świecie, na przykład w stanach czy w chinach. Po prostu tak rozwija się świat – jak ktoś che mieszkać ładnie i wygodnie powinien sam zbudować swój dom, otworzyć swoje przedszkole, szkołę i uniwersytet, a czołowi ekonomiści ( Hęryka Bochniarz i Leszek Balcerowicz) nawet sugerują, że jak się chce mieć pracę, należy samemu sobie otworzyć firmę i samemu sobie płacić! Tylko całkowicie zdegenerowane jednostki, zupełnie nierozumiejące uwarunkowań nowoczesnego świata żyją resentymentem do smrodliwego ciepełka wynikającego z państwa opiekuńczego…
Gość: megg, *.jmdi.pl
2015/06/04 17:06:28
kakaz, przesadziłeś. Po pierwsze, to co było złe w PRL to ustrój!!!! Ja go np. nie chwalę, ale doceniam rzeczy, które w tamtym okresie powstały np. taka dzielnica jak Ursynów, a dokładniej to co napisała autorka. Trzeba być mega tępogłowym aby zamykać oczy na dobre rzeczy i tylko z upartością powtarzać PRL zły. O ile podoba mi się architektura (budynki) miasteczka Wilanów, o tyle uważam, że jest to sypialnia ino „luksusowa”. Ja chciałabym aby w końcu ktoś sie obudził i zbudował osiedle ma miarę XXI w. ale jednak dla ludzi. Te osiedla Typu Nowa Huta, Ursynów, MDM itd. projektowali architekci szkoleni na przedwojennej szkole. Proszę zobacz układ urbanistyczny NH. itd itp. Przykład USA czy Chin nietrafiony. Szczególnie Chin oni nie mają wyboru, muszą zagęszczać miasta. Poza tym co ma dobra architektura do państwa opiekuńczego? To o czym Ty piszesz to już przeszłość. I poczytaj sobie najnowsze opracowania dot. tzw. wolnego rynku.
Gość: odpal, *.opera-mini.net
2015/06/21 09:13:22
W tego typu osiedlach przerażają mnie ogromne odległosci. Kilkadziesiąt rożnych blokow rozsypanych na ogromnym terenie, wszystko jest obce, wszystko jest anonimowe, nie ma tam naszej ulicy ze znanymi mieszkancami, nie ma tam też naszego podworka. Niby na takim osiedlu jest wszystko, sklepiki, apteki, przychodnie, przedszkola i szkoły, ale do wszystkiego są ogromne odległosci, wszędzie jest tak daleko, że nic tam nie jest nasze, z niczym się nie utożsamiamy. Nawet sklepiki osiedlowe są obce, bo odległe, a do tego w takim sklepiku jest biednie i smutnie, bo brak klientow- zniwu te przeklęte odległosci- klienci przychodzą tylko z najbliższych blokow…. A w ogole, to mieszkancy takich blokowisk wolą wsiąc do auta i jechac do ogromnego markietu, niż biegac wiele kilometrow od kwartału do kwartału, bo w każdym jest cos innego.
,.
Ja już będąc dzieckiem zastanawiałem się, jaka szalona siła każe architektom budowac bloki mieszkalne jak najdalej od siebie oddalone, zamiast wytyczyc w miarę sensowne ulice z blokami jeden obok drugiegi- tak jak to było od dawna…. Przez to te osiedla stały by się mniej obce, gdzie wszędzie było by blisko, gdzie było by prawdziwe centru ze sklepami i z usługami pełnymi klientow z okolicznych blokow. A obok blokow były by wielkie tereny zielone o przeznaczeniu rekraacyjnym, ktore nie były by poprzedzielane blokami! .
UWAGA. Oto idiotyzm. Mimo że na tych osiedlach są ogromne przestrzenie, to chłopcy pod żadnym pozorem nie mogą grac w piłkę nożną, bo gdzie tylko by się chciało grac, to niedaleko są okna z szybami. Po prostu na tych osiedlach nie ma na tyle dużego trawnika, by młodzi chłopcy mogli sobie zagrac. Niby wszędzie są ogromne odległosci, ale bloki są tak dokładnie rozmieszczone, by czasem komus nie zachciało się zagrac w piłkę. Kopac piłkę można na boisku , a nie pod blokiem! -takie okrzyki słyszą dzieci
Gość: bess, *.dynamic.chello.pl
2015/06/25 18:11:28
Odkąd urosły drzewa zrobiło sie dużo przyjemniej i to chyba jedyny plus, że jest zielono. Doceniam tez to, że nikt mi nie zagląda w okna, bo sa odległosci pomiedzy blokami. Przeszkadza mi to, ze nie ma miejsc, gdzie ludzie mogliby sobie stworzyc przestrzeń poznawania sie, kontaktów, jakiejs przestrzeni z ławkami, placem zabaw,jakiegoś placu przed ratuszem, gdzie można sobie usiasc, odpocząc, zagadac kogos. Jest park na stokłosach, ale to nie mój rejon, teraz taką role zaczyna pełnic plac przed multikinem, ale to za mało. Chyba w tedy chodziło o to, żeby ludzie sie nie spotykali i nie gromadzili. Fatalne jest to jak niewiele jest ławek na Ursynowie.
Gość: KaBeUrsynów, *.static.ip.netia.com.pl
2015/06/25 19:18:27
Fajny tekst. Gratuluję trafnych spostrzeżeń. 🙂
Gość: Jan, *.ovh.net
2015/12/17 13:40:14
Bzdury Opal piszesz, albo nie widziałeś Ursynowa na oczy. Tam gdzie jest zabudowa z lat 80-tych, nie zagęszczona plombami cwanych deweloperów, jest masa miejsc, gdzie można pograć w piłkę . Problemem nie są szyby, prawdziwy problem to w jaki sposób wypchnąć dzieci w domu na boisko, albo jak wydłubać psie łajno po rozrywkach na trawniku.
Gość: , *.dynamic.chello.pl
2015/12/28 19:47:11
Fantastyczny tekst! Dobrze wypunktowane walory Ursynowa Północnego. Mieszkam tu, starzeję się i bardzo doceniam!
Koniecznie wpisać do Rejestru Zabytków! Wtedy już nikt nic tu nie będzie mógł zepsuć!
Hanka

Ais z planety Des

Wreszcie wiem! On dał jej pendrive’a!

Przyszedł kultowy komiks w zbiorczym wydaniu…

…Z autografem Bogusława Polcha.

W posłowiu jest wywiad z Polchem. Dowiedziałam się bardzo ciekawych rzeczy.

Te komiksy miały pierwsze wydanie w Niemczech. Niemieckie wydawnictwo samo pokolorowało plansze – na jarmarczne kolory. W polskim wydaniu Polch kolorował je osobiście. Dlatego wyszły zupełnie inaczej, oczywiście lepiej.

To zupełnie nieprawdopodobne, jak można zepsuć komiks złymi kolorami. O, np. tutaj: Satham na zielono, phi…

Podczas gdy w wydaniu polskim kolory są takie:

Albo tutaj:

Podczas gdy w wydaniu polskim:

„Niemcy zdziwili się, jak zobaczyli polską wersję, wydała się im jakaś taka francuska…”

Niemieckie wydawnictwo wymyśliło sobie też, że okładki zrobią inni graficy. To jest koszmar!

Rozumiem, że zagraniczne wydania (a było ich kilka w różnych krajach) miały niemiecką wersję kolorystyczną. (Tak by wynikało z kolorów ubrań na dwóch poniższych rysunkach.) Pomimo wszystko komiks stał się kultowy poza Polską i fani do dziś oddają mu hołd swoją twórczością, np. tak:

źródło: cloneofais.tumblr.com

Albo tak:

źródło: achtnig.blogspot.com

W polskim internecie znalazłam bardzo mało takiej twórczości. Oto jeden niewątpliwie polski obrazek:

źródło: Rosner @ digart.pl

A na koniec niespodzianka: Bogusław Polch kręci film animowany 3D na podstawie tego komiksu! Pierwsze informacje można znaleźć tutaj: aisthemovie.com . Ale czy film to dobry pomysł? Jeśli już animacja 3D, to dlaczego nie gra?

P.S. Jeszcze jedna ciekawostka: Niemcy nagrali słuchowisko na podstawie komiksu. Można posłuchać na youtube.


Komentarze
2015/05/07 11:29:10
Gra to byłaby potencjalnie dobra rzecz (ale bardzo łatwo zepsuć).

Ech, uwielbiałem ten komiks w swoim czasie. Przede wszystkim, niesamowita, futurystyczno-techniczna kreska. Danikena jakoś udało mi się wyprzeć;-)

2015/05/07 18:01:45
Tak, to najlepsze rysunki Polcha, zwłaszcza „Walka o planetę” i „Bunt olbrzymów”. On się nie nadaje do rysowania przyrody, fantasy, historii. Tylko do futurystycznej techniki. Nawet z rysowaniem ludzi ma problem, łatwo popada w charakterystyczną manierę. Ale właśnie w tych komiksach widać mocno pracował nad wizerunkami postaci i wyszło pięknie.
2015/05/07 20:59:13
„Ludzie i potwory” chyba najlepiej pamiętam.

Ludzie, owszem trochę słabiej wychodzili, ale za to potrafił paroma drobiazgami bardzo indywidualizować inaczej zlewające się postacie. Te wszechobecne w Ekspedycji uniformy bardzo mu chyba ułatwiały.

Gość: ziew, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2015/05/12 17:03:55
Kolory w wersji niemieckiej sa ewidentnie lepsze
tyle ze za bardzo przesycone

marudzisz na zielonego sathama

a przegnila zielen i zolc na twarzach postaci z polskiego wydania to ci juz nie przszkadza

Skąd się biorą zdjęcia pro-life?

Od czasu do czasu na katolickich portalach pojawiają się piękne zdjęcia „pro-life”, przedstawiające ludzkie płody. Zawsze gdy je widzę, zastanawia mnie, skąd w nich kolorowe tło? Skąd dobrze dobrane, nie-punktowe, rozproszone oświetlenie? Dlaczego zdjęcia są tak wyraźne i robione z dość dużej odległości (w sensie – nie szerokokątne)? Dlaczego pęcherz płodowy jest jak przekłuty balonik?

Jednymi z pierwszych – choć nie pierwszymi, ale chyba najbardziej znanymi takimi fotografiami była seria zdjęć z magazynu Life z 1965 r. Wykonał je szwedzki fotografik Lennart Nilsson. Zapisały się w kulturze popularnej właśnie dlatego, że były upozowane „jak żywe”. Jednak przez wiele lat pozostawało tematem tabu, w jaki sposób naprawdę artysta je wykonał.

Na stronie uniwersytetu w Cambrige czytamy:

Choć twierdził, że ukazuje żywe płody, Nilsson w rzeczywistości fotografował materiał z aborcji, otrzymany od kobiet, które przerywały ciąże na mocy liberalnego szwedzkiego prawa. Praca z martwymi embrionami pozwoliła Nilssonowi eksperymentować z oświetleniem, tłem i pozycjami, jak na przykład umieszczeniem kciuka w ustach płodu. Lecz źródło zdjęć było rzadko wspominane, nawet przez aktywistów „pro-life”, którzy w latach 70. zawłaszczyli sobie te ikony.

fot. Lennart Nilsson, źródło: http://www.lennartnilsson.com

Z jednej strony fotografie te zwiększyły świadomość, z czym ma się do czynienia podczas zabiegu przerwania ciąży – widok dość rozwiniętego płodu może robić wrażenie na wielu ludziach. Z drugiej strony zabawnym paradoksem jest, że te zdjęcia pokazywane są przez środowiska pro-life jako „dobre”, a osobną kategorię w prolajfowym imaginarium stanowią zdjęcia „płodów po aborcji” – drastyczne, odstraszające. Tymczasem także i te pierwsze okazały się zdjęciami płodów po aborcji.

Nie wiem, jak pozyskiwane są płody do takich zdjęć robionych w nowszych czasach i zwłaszcza w krajach, gdzie zgodne z prawem aborcje odbywają się rzadko. Być może wykorzystuje się wtedy płody po naturalnym poronieniu?

Ponieważ ktoś mógłby słusznie zapytać, czy od lat 60. nie rozwinęła się technika zdjęć laparoskopowych – spróbowałam poszukać medycznych zdjęć ciąży we wnętrzu ciała matki. Nie udało mi się znaleźć zdjęć laparoskopowych pęcherza płodowego w macicy. Prawdopodobnie z oczywistych względów – nikt nie robi laparoskopem zdjęć zdrowej ciąży, bo to niepotrzebne ryzyko. Są natomiast zdjęcia ciąży pozamacicznej – wciąż żywego pęcherza płodowego. Widać, że jakość jest dramatycznie inna.
Źródło: jaypeejournals.com

 Źródło: Ulrich Honemeyer, Sanja Kupesic Plavsic, Asim Kurjak, „Interstitial Ectopic Pregnancy: The Essential Role of Ultrasound Diagnosis”, Donald School Journal of Ultrasound in Obstetrics and Gynecology, July-September 2010;4(3):321-325

 

Źródło: Saeed Alborzi et al., „Management of an Abdominal Pregnancy by Laparoscopy: A Case Report and Review of the Literature”, Journal of Minimally Invasive Surgical Sciences. 2013 November; 2(4)

P.S. W związku z pytaniami czytelników, czy to naprawdę robi różnicę, zdjęcie żywego płodu czy martwego? Otóż różnice są dwie.

Po pierwsze: Jeżeli portal katolicki pisze: „Obejrzyj piękne zdjęcia z brzucha mamy” – to pisze nieprawdę. Opowiadanie ludziom bajek (tu pewnie nieświadomie – nikt w redakcji nie chciał się zastanowić nad tymi zdjęciami) odbieram jako manipulację emocjami widza. Widzowi sugerowany jest nastrój życia, ciepła, bezpieczeństwa. Jeśli płód jest upozowany z palcem w ustach – to powstaje pytanie, czy to fizjologicznie możliwe w tak wczesnym wieku płodu. A co jeśli nie? Jeśli płód nie ma jeszcze mięśni pozwalających na takie układanie rąk i co więcej – ssanie? Jeśli to tylko uczłowieczenie dla zwiększenia emocji? Dopisek po dyskusji pod blogiem: Z informacji, które można znaleźć w internecie wynika, że akurat ten płód na zdjęciu jest 20-tygodniowy, czyli w wieku, w którym mógłby naturalnie ssać kciuk.

Po drugie: Doktryną Kościoła zawsze było, że wykorzystywanie abortowanych płodów do czegokolwiek jest niegodziwe. Nawet wykorzystywanie do pobierania komórek macierzystych, które mogą posłużyć medycynie do ratowania życia ludzkiego. Dlaczego nagle wykorzystywanie abortowanych płodów do sentymentalnych fotografii jest OK? Skoro wykorzystywanie ich do ratowania życia jest nie OK?


Komentarze

  • drakaina 19.04.2015Też mnie to zastanawiało długo. Niesamowita historia, ciekawe czy ci prolajfowcy wiedzą. I ciekawe, czy gdyby wiedzieli, to przestaliby się tymi zdjęciami posługiwać…
  • pfg 19.04.2015@drakaina – zapewne nie wiedzą. Zapewne, gdyby wiedzieli, nie przestaliby.
  • Gość slwstr *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.04.2015Tutaj np znajdują się ładne zdjęcia płodzików i zarodków pozyskane z ciąż ektopicznych, przerywanych ze względów zdrowotnych.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 19.04.2015Gdzie jest informacja o pochodzeniu tych zdjęć, bo nie mogę znaleźć?
  • Gość Mariusz *.google.com 19.04.2015Ale pozowane zdjęcia, z kciukiem w ustach, to makabryczne jest.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 19.04.2015Ale pozowane zdjęcia, z kciukiem w ustach, to makabryczne jest.

    Spójrzcie, jak zmienia się odbiór tego samego zdjęcia – od ciepłego, pełnego bezpieczeństwa, do makabrycznego.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 20.04.2015@pochodzenie zdjęć linkowanych przez slwstr:
    Już widzę, trzeba kliknąć na dane zdjęcie.
  • magdalaena1977 20.04.2015Ciekawe, czy po tych płodach na zdjęciach z flickr widać, że coś z nimi było nie tak? Bo skoro same się poroniły, to chyba nie mogły być zupełnie zdrowe.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 20.04.2015Nie same. Sztucznie przerwano ciąże.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 20.04.2015Dodałam postscriptum jako odpowiedź na komentarze, które pojawiły się w paru miejscach w internecie.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 20.04.2015Internauta na wykopie znalazł ten przedziwny wywiad z Nilssonem:
    www.lennartnilsson.com/q_a.html

    To be able to show the development of the foetus at all from the very earliest stage, I used macro-lenses and wide-angled special optics, manufactured specially for me by Karl Storz in Germany and Jungners Optiska in Stockholm. And for technical reasons related to photography, I had to use foetuses from what are called extrauterine pregnancies. But I have also shot living foetuses in the womb using an endoscope. These days, I work with ultrasound and three-dimensional pictures taken through the skin from outside the body. It is a tremendously exciting technique, although it still doesnt reach the same technical quality as my old pictures. But it has allowed me to capture the facial expressions of foetuses, for example, which I couldnt do before.

    My endoscopes have also been specially built by Karl Storz and have a focal distance of less than one millimetre, which lets me take razor-sharp pictures inside the body. The most useful tool so far has been a flexible endoscope with a focal distance of less than one-tenth of a millimetre. Its no bigger than eight-tenths of a millimetre in diameter, including lens and case, and can thus be introduced into various parts of the body rather like a catheter. The first portrait of a living foetus was taken in 1965 with one of these endoscopes. It was the opening picture for the Life photo-essay that same year.

    Pozwolę sobie nie uwierzyć w endoskop o średnicy 0.8 mm w 1965 roku i w dodatku z możliwością sterowania nim i obserwacji na bieżąco obrazu, tak żeby uzyskać odpowiednie ujęcie.

    Gadki o mikroskopie elektronowym to już w ogóle jakiś żart.

    A teraz najlepsze: Owo wspomniane zdjęcie z okładki magazynu Life, rzekomo wykonane endoskopem, wygląda tak: www.hps.cam.ac.uk/visibleembryos/s7/7_4_1_Nilsson1965.jpg
    Śmiech na sali.

  • Gość Meliona *.interkar.pl 20.04.2015A ja myślałam, że to nie zdjęcia, a rysunki są.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 20.04.2015Niezwykłe doświadczenie socjologiczne wyszło z tej notki. Obserwuję komentarze internautów na wykop.pl. Z niektórych można dopiero zobaczyć, jak gigantyczny sukces odniosła propaganda w stylu „Niemego krzyku” prowadzona na lekcjach religii:

    Internauta operatorkoparki:
    – To jakas bzdura, w trakcie aborcji dziecko jest rozrywane na strzepy

    Ja:
    To jest zdjęcie zrobione wewnątrz ciała matki??? Powiedz szczerze.

    Internauta Shuin:
    – Nie wygląda też jak zwłoki dziecka po aborcji, leżące na stole. Cała pępowina też zdaje się sugerować, że fotka pochodzi z brzucha.

    Po pierwsze, młodzież wyobraża sobie zabieg przerwania ciąży jako zawsze coś takiego, jak w „Niemym krzyku” (porozrywane szczątki leżące na stole).

    Po drugie, i o wiele gorsze, młodzież tą wiedzą zastępuje wiedzę biologiczną (dzieciak nie wie ze szkoły, co to pęcherz płodowy i łożysko.)

  • Gość embriolog *.neoplus.adsl.tpnet.pl 20.04.2015Przerażający jest poziom nieuctwa w polskim społeczeństwie… Nie istnieje technika pozwalająca na wykonanie dobrze oświetlonego i skontrastowanego zdjęcia płodu z użyciem laparoskopu, nie mówiąc już o kwestii modyfikacji tła w takim przypadku. Wszystkie grafiki przedstawiające „portret płodu” na jasnym tle są fotomontażem wykorzystującym fotografię martwego materiału biologicznego (pozyskiwanego w bardzo różny sposób). W trzecim trymestrze ciąży płód ludzki rzeczywiście zdolny jest do aktywnego poruszania kończynami, poruszania mięśniami mimicznymi twarzy oraz do ssania, lecz wiadomo że są to odruchy bezwarunkowe nie mające związku z jakąkolwiek świadomością. Rozwinięty płód reaguje również na różnorodne bodźce zewnętrzne, ale na takiej samej zasadzie jak martwa żaba reaguje ruchami kończyn na drażnienie nerwów rdzeniowych! Twierdzenie że płód jest pełnoprawną istotą ludzką świadczy jedynie o poważnym ograniczeniu intelektualnym osób głoszących takie brednie.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 20.04.2015 W trzecim trymestrze ciąży płód ludzki rzeczywiście zdolny jest do aktywnego poruszania kończynami, poruszania mięśniami mimicznymi twarzy oraz do ssania

    Ten na zdjęciu z kciukiem jest w 20. tygodniu, czyli II trymestr. Ale jeśli wierzyć wikipedii, to już wtedy spokojnie rusza kończynami, mięśniami twarzy i ssie.

  • Gość Tricia *.215.96.1.getinternet.no 20.04.2015Z tego co mi wiadomo, to usg, a szczegolnie 3D, jest szkodliwe dla plodu ze wzgledu na naswietlanie, jak zwykly rentgen po prostu…
  • Gość Hitman *.play-internet.pl 21.04.2015Gratuluję znakomitego bloga i czekam na kolejne notki.
  • Gość Andrzej *.free.aero2.net.pl 21.04.2015Oczywiście, że płód ssie kciuk.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 21.04.2015@tricia
    Z tego co mi wiadomo, to usg, a szczegolnie 3D, jest szkodliwe dla plodu ze wzgledu na naswietlanie, jak zwykly rentgen po prostu…

    Oczywiście jest to nieprawda. USG to ultradźwięki. Dźwięki! Nie promieniowanie!

  • Gość x *.free.aero2.net.pl 21.04.2015@Anuszka

    Ale z tego, co parę lat temu słyszałem, rekomendacje są obecnie takie, by bez istotnych powodów nie robić w ciągu ciąży więcej niż trzech badań USG. Przy czym, jeśli mnie pamięć nie myli, chodziło o względy medyczne, nie zaś finansowe – bo szło głównie o ograniczenie zapędów ludzi do rejestrowania przebiegu ciąży na 3D USG jak uroczystości ślubnych czy pierwszych komunii (na czym akurat środowiska okołomedyczne mogłyby robić niezły biznes). Podejrzewam, że ewentualne zagrożenia dotyczą głównie pierwszego trymestru, kiedy nawet tak nieinwazyjna technika jak USG jednak może wywierać istotny fizyczny wpływ na maleńki wówczas płód – choć pewnie więcej jest w tym dmuchania na zimne niż potwierdzonych statystyk.

  • turzyca 22.04.2015Poniewaz sporo osob nie wie, jak dziala mikroskop elektronowy, to moze krotkie streszczenie?
    1) Badany obiekt musi przewodzic prad czyli trzeba go pokryc np. cieniutka warstewka zlota.
    2) Mikroskop potrzebuje prozni do dzialania. Czy ktos sobie wyobraza wytworzenie prozni w lonie matki?

    A jak juz jestesmy przy „w lonie matki” – kazda kobieta, ktora byla w ciazy, przezywala naciaganie brzucha przez rosnace dziecko. Czasem bywa to bardzo bolesne, czasem tylko odczuwalne, ale zawsze ma miejsce – brzuch jest zawsze naciagniety do aktualnej wielkosci dziecka, nikt nie ma twardej wielkiej kopuly z 9 miesiaca ciazy juz w 3. Czyli skoro dziecko naciaga brzuch i on jest opiety wokol dziecka, to tam nie ma miejsca na cokolwiek zbednego.

  • Gość x *.free.aero2.net.pl 01.09.2015Jeszcze o możliwej (nie)szkodliwości USG:

    www.tlustezycie.pl/2015/07/usg-to-nie-tylko-zdjecie.html#more

  • Gość x *.free.aero2.net.pl 01.09.2015Mój poprzedni wpis gdzieś utknął, może z powodu podania w nim linka, więc zamiast namiarów na stronę doradzę wygooglowanie „USG to nie tylko zdjęcie, Tłuste życie” (z zastrzeżeniem, że nie ze wszystkim, co tam jest napisane, się zgadzam, ale jest tam sporo ciekawych dalszych linków).
  • Gość grafzero *.adsl.inetia.pl 24.02.2016″Doktryną Kościoła zawsze było, że wykorzystywanie abortowanych płodów do czegokolwiek jest niegodziwe. Nawet wykorzystywanie do pobierania komórek macierzystych, które mogą posłużyć medycynie do ratowania życia ludzkiego.”

    Może dlatego, że to pierdolenie. Zdjęcia martwych dzieci były obecne w kulturze od początków fotografii właśnie upozowane. Po drugie Watykan oficjalnie dopuścił (i to wiele lat temu) możliwość używania szczepionek przeciwko różyczce do których pożywkę tworzono z linii komórkowych z abortowanych płodów więc kolejna BZDURA.

Lem 1995

Felietony Stanisława Lema „Na szalach bałkańskiej wagi” i „Szklany but” z 1995 roku (publikowane w Tygodniku Powszechnym, a potem zebrane w książce „Lube czasy”). W Rosji rządził wtedy Jelcyn, ale powoli przejmowali wpływy – jak ich określa Lem – militaryści. Putin jeszcze do 1997 roku coś tam robił w Petersburgu. Podkreślam to, bo to nie tak, że wszystko, co teraz wylazło na wierzch, jest zamysłem Putina. Lem zwraca uwagę, że Zachód wciąż wpada w monomanię i daje się nabierać na wizję, że wszystko w Rosji zależy od jednego człowieka, czy to Gorbaczowa, czy Jelcyna. Czy – powiedziałby pewnie dziś – Putina. Choć ci dwaj pierwsi byli w oczach Zachodu „bohaterami pozytywnymi”, a ten ostatni jednak nie do końca, ale mechanizm monomanii jest ten sam. Tymczasem jest inaczej. Zamysły i plany robione są nie przez jedngo człowieka, a przez szersze i dłużej działające siły. Gdy Lem pisał te teksty, w byłej Jugosławii toczyła się wojna (co mnie dodatkowo szokuje, to liczby żołnierzy posłanych z Zachodu by opanować ten konflikt – liczby krytykowane przez Lema jako za małe – ile one wynosiły w porównaniu do liczby żołnierzy przysyłanych dziś, by strzec granic NATO…) I już podczas tamtej wojny jakieś rosyjskie mózgi myślały nad planami…

To, co się dzieje ostatnio w dawnej Jugosławii, od czasu gdy rozzuchwaleni Serbowie zaczęli przykuwać naszych między innymi wojskowych do obiektów strategicznych i wzięli prawie czterystu żołnierzy „błękitnych hełmów” do niewoli, jest moim zdaniem rodzajem poligonu. Rozgrywają się na nim wojskowe manewry, których głównym obserwatorem jest Rosja. Rosja uważnie przypatruje się temu, w jaki sposób Zachód daje, a raczej nie daje sobie rady z niesłychaną czelnością serbskich przywódców, którzy po kolei łamią rozmaite międzynarodowe umowy.

(…)

Jedna strona mydli wszystkim oczy, a druga bierze to za dobrą monetę. Co najwyżej na Adriatyk przypłynie kolejny lotniskowiec albo Francuzi czy Anglicy podeślą kolejną setkę żołnierzy – takie ukłucia szpilką, które na nikim nie robią już wrażenia.

Nie chodzi tylko o tę ponurą i straszną wojnę, chodzi o los Polski i innych krajów tak zwanej Grupy Wyszehradzkiej. W ciągu dziesięciu lat zakończy się w Niemczech epoka Kohla. Człowieka, który na tym stanowisku bardziej chciałby świadczyć nam poparcie w staraniach o doszlusowanie do Zachodu, nie znajdziemy. Kohl nie robi tego zresztą dla naszych pięknych błękitnych oczu, tylko dlatego, że nie chce, by Niemcy bezpośrednio sąsiadowały ze strefą rosyjskiego panowania i pomału odradzającego się rosyjskiego imperializmu.

Imperialne drożdże ciasta na razie jeszcze nie podniosą, bo przemysłowo-ekonomizcne zaplecze Rosji jest zdruzgotane. Ale rozwiązania typu militarnego, awanturniczego nawet łatwiejsze są do zrealizowania niż pokojowy wzrost gospodarczy i wprowadzanie demokracji. Poza tym kraj jest olbrzymi, pozbiera się szybciej, niż sądzimy, i w ciągu mniej więcej dekady suwerenność nasza znów może stanąć pod znakiem zapytania.

Zachód przejawia skłonność do monomanii – przedtem panowała gorbymania, teraz wszyscy przyczepili się do Jelcyna i uważają, że jak Jelcyn odejdzie, wszystko zaraz runie. Takie personifikowanie problemów wielkiego kraju i umieszczanie wszystkich inwestycji w jednej osobie to szaleństwo. Mówiąc szczerze, nie pożyczyłbym Jelcynowi dziesięciu groszy – polskich groszy. (…) Jelcyn jest zresztą tylko wykładnikiem pewnych sił, ustępuje na rzecz militarystów, bo nie ma przed sobą innej drogi. (…) W Rosji nie można się oprzeć na szlachetnych Kowaliowach, bo takich jest pięć i pół. Zresztą za dziesięć lat nie będzie już i Jelcyna…

(…)

Obawiam się natomiast, że o przyszłości w granicach dekady zadecyduje sposób, w jaki Pakt Atlantycki i Narody Zjednoczone reagować będą – jeśli będą w ogóle! – na coraz bezczelniejsze postępowanie Serbów. Dobrym słowem nic się tutaj nie wygra. Widzę na szalach tej wagi los Polski. (…)

Na długą metę nie ufałbym zresztą Amerykanom: tendencje izolacjonistyczne są w Ameryce bardzo silne, a politycy tamtejsi dość mocno sterowani badaniami opinii publicznej i nie chcą mierzyć sił na zamiary.

Zachodowi brak siły przywodczej, (…) jest za to, zwłaszcza w Europie, kłębowisko rozmaitych, często sprzecznych interesów. (…)

Nie ma takiego nieszczęścia, do którego człowiek się nie przyzwyczai. Serbowie na Bałkanach stosują taktykę salami i przyzwyczajają wszystkich po trochu do swoich zbrodni. Pejzaż jest schizofreniczny: Karadzić ma zostać postawiony przed międzynarodowym trybunałem jako ludobójca, a równocześnie traktuje się go jako partnera rokowań. (…) Belg, co przewodzi teraz NATO, (…) zachowuje się jak kiedyś Chińczycy: „tysiąc czterysta siedemdziesiąte szóste poważne ostrzeżenie pod adresem Stanów Zjednoczonych”…

Najlepszym monumentem potęgi Zachodu mógłby być dziś dwupiętrowy szklany but z umieszczoną w nim równie dużą nogą, kiwającą paluchem. Po prostu – kiwanie palcem w bucie! Umieściłbym ten monument w Brukseli.

To wszystko zakrawa na kpinę i przypomina zdartą płytę: igła wciąż wpada w ten sam rowek. Nie ma wyjścia, musimy rokować. A jeśli zamordują pewną liczbę Francuzów? – już zamordowali! – no to może się wycofamy. Będzie wtedy jeszcze gorzej? Więc się nie wycofujmy – wzmocnijmy nasze siły i zamiast dwóch tysięcy żołnierzy poślijmy sześć. Nie ma odwagi, a przede wszystkim nie ma świadomości tego, że nie chodzi o zagrożoną pozycję lokalną ani o dzisiejszy czy jutrzejszy interes żadnej ze stron konfliktu, rozpętanego przez Serbów dla stworzenia Wielkiej Serbii, tylko o długofalowy proces, w którym stroną najbardziej zainteresowaną jest – jak tu przed tygodniem pisałem – Rosja.

Proces ten dokonuje się powoli. Nie było przecież tak, że jak Hitler wkroczył do Nadrenii, to następnego dnia wybuchła wojna. Wypadki toczą się w tempie typowym dla historii. Jestem bardzo zdziwionoy, że w tej skali i w tej perspektywie czasowej jakoś się ich nie postrzega. Henry Kissinger ogłosił bardzo rozsądny artykuł w „Heraldzie” (…), tłumacząc, że trzeba koniecznie kogo się da brać do NATO – ale to głos odosobniony. A tu Białoruś popełnia samobójstwo i dobrowolnie rezygnuje z suwerenności. Z Ukrainą trochę lepiej, bo świadomość narodowa, zwłaszcza w jej części zachodniej, ktra przed wojną do Polski należała, wydaje się silna. Umiarkowany ucisk, jakiemu Ukraińców w przedwojennej Polsce poddawano, okazał się dla ich poczucia tożsamości zbawienny, natomiast krwawe prześladowania, jakich ofiarą padły za Stalina białoruskie elity, poczucie to całkowicie zniwelowały.

Motywacje Zachodu są i w tym przypadku wyraźne. Mówiąc cynicznie: na Białorusi nie ma ropy ani diamentów, nie ma nic. Kazachstan i Ukraina są znacznie bogatsze, dlatego będą otrzymywać pomoc, a za pomocą w postaci miliardowych inwestycji stoi i stać musi rząd i Kongres amerykański. Musi, bo tak to jest urządzone na tym świecie. Jak długo jednak Ukraina jeszcze się trzyma – nie wszystko stracone. 

 


Komentarze

  • red.grzeg 16.03.2015Parę miesięcy po tekstach Lema, NATO wybombardowało chęć dalszego prowadzenia wojny w Bośni. Powstała dość złożona struktura państwowa która ma sporo problemów, ale w której panuje pokój i względny spokój.Parę lat po tekstach Lema, NATO wybombardowało Serbii złudzenia że poparcie Rosji dużo znaczy. Obecnie Serbia się o przyjęcie do UE (ma status kandydacki) i współpracuje z NATO.Radovan Karadžić od wielu lat spędza czas w United Nations Detention Unit.
  • Gość Seba *.echostar.pl 16.03.2015

    Jakże prorocze słowa w odniesieniu do aktualnych wydarzeń na Ukrainie i znów będziemy mieli problem ze wschodnim sąsiadem i znów zawiedziemy się na Zachodzie gdzie zawsze króluje pragmatyzm a my myślimy emocjami

Kościół jak zwykle niekonsekwentny

Ponieważ polska hierarchia kościelna właśnie rzuca gromy na tabletki „dzień po”, chciałabym zwrócić uwagę na ciekawą sprawę – Kościół katolicki na Zachodzie, uwaga! mając identyczny pogląd na kwestię śmierci niezagnieżdżonego zarodka, ma najwyraźniej bardziej zniuansowane podejście do tych pigułek:

Oto artykuł na jednym z zagranicznych portali katolickich.

Otóż zgodnie z argumentacją kościelną, jeśli dojdzie już do powstania zarodka, to nie wolno zapobiegać zagnieżdżeniu się go. Natomiast w powyższym artykule napisane jest, że w przypadku np. gwałtu jak najbardziej można wykorzystać drugi, i chyba główny, typ działania tabletki „dzień po”, mianowicie nie dopuścić do jajeczkowania.

Teoretycznie da się to zrobić. Po prostu zalecają, że z kościelnego puktu widzenia wolno zażyć tabletkę, jeśli wiemy (spodziewamy się), że kobieta jest w fazie przedowulacyjnej. Z uwagi na żywotność plemników ma to jak najbardziej sens, bo plemniki mogą w drogach rodnych poczekać na owulację nawet kilka dni. Trzeba pamiętać, że sama faza owulacji, czyli wypuszczenie gotowego na zapłodnienie jajeczka i jego czas życia trwa bardzo krótko – kilka godzin – więc „utrafienie” ze stosunkiem w samą owulację byłoby bardzo mało prawdopodobne. Raczej jest tak, że plemniki czekają na nadchodzące jajeczko.

Jeśli natomiast wiemy (spodziewamy się), że do owulacji prawdopodobnie już doszło, to tabletki zażywać nie należy, bo może ona zapobiec zagnieżdżeniu istniejącego już zarodka. Trzeba pamiętać, że zapłodnione jajeczko przez kilka dni wędruje przez jajowód, zanim wreszcie dotrze do macicy i zagnieździ sie w niej.

Oczywiście, gdyby wyznaczenie momentu owulacji było tak proste, to większość metod antykoncepcji przestałaby być potrzebna. Tym niemniej rzeczywiście na podstawie wywiadu z przebiegu cyklu miesiączkowego, usg jajników i z badań hormonalnych można w przybliżeniu wywnioskować, czy kobieta znajduje się w fazie przedowulacyjnej, czy około- lub poowulacyjnej.

Jak by nie patrzeć na skomplikowanie tych rozróżnień, jest to podejście Kościoła niewątpliwie łagodniejsze i bardziej oparte na wiedzy, niż w Polsce.

Do powyższego „oświeconego” podejścia zachodniego Kościoła oczywiście także można mieć zastrzeżenia:

Po pierwsze: Jeśli kobieta zażyje tabletkę zaraz po stosunku, to chyba małe jest prawdopodobieństwo, że za jej pomocą uśmierci zarodek – po prostu dlatego, że nawet w sam moment owulacji plemnikom zajmuje trochę czasu (godzin?), aby dotrzeć do jajowodu i spotkać się z komórką jajową. To wszystko nie dzieje się momentalnie! W tym samym czasie tabletka wchłania się, powoduje zmiany hormonalne zagęszczające śluz w drogach rodnych, przez co plemniki mają utrudniony ruch. Co nastąpi pierwsze? Zablokowanie ruchu plemników, czy jednak dotarcie plemników do jajeczka i zapłodnienie go? Trudno powiedzieć, jest to kwestia przypadku.

Po drugie: Po zmierzonym poziomie hormonów, po usg stanu jajników można stwierdzić, czy do owulacji już doszło – już, czyli ex post. Nie da się natomiast w żaden sposób stwierdzić, czy znajdujące się w drogach rodnych jajeczko jest zapłodnione czy nie – dopóki ono się nie zagnieździ, to nie wywołuje wykrywalnej reakcji hormonalnej organizmu. Zatem opisane wyżej podejście Kościoła to także loteria – zawężona, ale loteria – bo mówimy: jest prawdopodobieństwo (nie pewność!), że mamy do czynienia z zapłodnioną komórką, zatem na wszelki wypadek nie wolno nam robić nic, by ją uśmiercić.

Jeśli jednak trzymać się konsekwentnie tej postawy probabilistycznej, to Kościół powinien zabraniać wszelkich aktywności, które mogłyby przypadkowo powodować śmierć potencjalnie zaistniałego zarodka. Podam przykład: niektóre kobiety mają za krótką ostatnią fazę cyklu. Faza ta służy w przypadku zapłodnienia do tego, aby zarodek miał czas się zagnieździć. Wiele kobiet nie wie, że ma za krótką tę fazę i leczy to dopiero gdy chce zajść w ciążę. Konsekwentnie, Kościół powinien wymagać jednak od wszystkich kobiet obowiązkowego leczenia takiej dysfunkcji, bo przecież prowadzi ona do przypadkowego niezagnieżdżenia zarodka.

Co więcej – w naturze, u zdrowych par starających się o dziecko, 3/4 zarodków się nie zagnieżdża. Konsekwentnie, Kościół powinien zastosować tu retorykę używaną przeciwko in vitro: Naturalne poczęcie każdego dziecka okupione jest „śmiercią trojga jego braci i sióstr”. Osoby wielodzietne mają więc na sumieniu więcej uśmierconych zarodków, niż osoby stosujące prezerwatywy. A osoby mające problemy z płodnością, spowodowane trudnością z zagnieżdżeniem zarodka, powinny w ogóle nie próbować poczynać dzieci, bo skazują jeszcze większą liczbę zarodków na śmierć. Tak wynika z kościelnej logiki, gdyby trzymać się jej konsekwentnie.

Kościół odpowiada na to, że tutaj liczy się intencja: czy robię coś celowo, żeby uśmiercić zarodek, czy śmierć dzieje się „naturalnie”. Ale tu przyłapuję Kościół na niekonsekwencji. Jeżeli niezagnieżdżony zarodek jest naprawdę pełnym człowiekiem, to taka argumentacja wobec życia ludzkiego nie powinna mieć miejsca. Jeśli np. wiemy, że dzieje się naturalny kataklizm, w którym ginie 75% ludzi, to brak przeciwdziałania i prób ratowania tych ludzi Kościół nazwałby grzechem, prawda? Naturalność kataklizmu nie usprawiedliwiałaby naszej bezczynności.

Na koniec chcę zwrócić uwagę na największą niekonsekwencję Kościoła w Polsce: Najzwyklejsze, funkcjonujące od lat w sprzedaży, tabletki antykoncepcyjne robią dokładnie to samo, co tabletka „dzień po”. Zapobiegają owulacji, ale ewentualnie też jeśli mimo wszystko doszłoby do zapłodnienia, to zapobiegają zagnieżdżeniu zarodka. Będąc konsekwentny, Kościół powinien z równym zapałem żądać zakazu sprzedaży zwykłych tabletek antykoncepcyjnych i nazywać je „aborcją” oraz „trutką na dzieci”.

Samo w sobie ciekawe jest, jak często efektem tabletek (czy to zwykłych, czy „dzień po”) jest zahamowanie owulacji, a jak często – zapobieganie zagnieżdżeniu. Nie udało mi się znaleźć wiarygodnych danych na ten temat. Z czysto naukowej ciekawości chciałabym to wiedzieć.

Zasłyszałam też ciekawą, i chyba prawdopodobną informację, że tabletki „dzień po” (nie wiem, czy EllaOne, ale inne owszem – te oparte na dawce progesteronu) jeżeli zastosowane są przypadkiem w momencie już po zagnieżdżeniu zarodka, to mają działanie właśnie dobroczynne na ciążę. Otóż wprowadzają organizm sztucznie w „ostatnią fazę cyklu”, fazę progesteronową, która chroni zagnieżdżony zarodek przed poronieniem.*

*) Edit: Ta informacja nie dotyczy EllaOne, lecz tabletek z gestagenami. Natomiast polecam wpis na blogu doktora endokrynologii, Jacka Belowskiego, na temat EllaOne: blog.endokrynologia.net . Co ciekawe, autor przedstawił kilka wątpliwości związanych z niedostatecznym wyjaśnieniem działania leku przez producenta. I w zasadzie te wątpliwości mogłyby zostać wykorzystane jako argument przez działaczy kościelnych z Terlikowskim na czele.


Komentarze

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 18.01.2015Warto przeczytać ten wpis na blogu red. Sporniaka z Tygodnika Powszechnego, i koniecznie dyskusję pod nim: sporniak.blog.onet.pl/2013/01/30/rygoryzm-moralny/
    Z prostego wyliczenia wynika, że szansa na to, iż zażycie tabletki spowoduje niezagnieżdżenie zarodka, wynosi mniej niż 1 na 70.

    Jeszcze ciekawostka: Wielu poważnych katolickich moralistów opowiada się za momentem zagnieżdżenia (w Polsce zwolennikiem takiego poglądu jest ks. prof. Tadeusz Ślipko SJ).

  • xyz123459 18.01.2015Będąc konsekwentny, Kościół powinien z równym zapałem żądać zakazu sprzedaży zwykłych tabletek antykoncepcyjnych i nazywać je „aborcją” oraz „trutką na dzieci”

    Ależ robią to. Co bardziej nawiedzeni kapłani zrównują antykoncepcję hormonalną z aborcją, bo i jedno, i drugie to przecież mordowanie dzieci. Jeszcze bym to zrozumiał – choć nie popierał – bo przynajmniej są konsekwentni w swoim uporze, ale ci sami ludzie zarazem z zapałem głoszą, że prezerwatywa, która w ogóle likwiduje ten problem, to wynalazek z piekła rodem, bo rzekomo uprzedmiatawia kobiety. Stosunek przerywany również jest be, bo podobno ingeruje w jakieś boskie plany. Czyli: jak ktoś nie chce mieć dzieci, to powinien korzystać z kalendarzyka. Z kolei jak ktoś bardzo chce je posiadać, to nie wolno mu korzystać z in vitro – powinien zdać się na NPR. Jest to sprowadzanie ważnych decyzji życiowych do gry w totolotka.

    Dogmatycy wszelkiej maści z reguły forsują głupie i przeciwskuteczne rozwiązania:

    => Kościołowi rzekomo chodzi o zmniejszenie liczby aborcji, ale jego działania faktycznie prowadzą do zwiększenia liczby „wpadek”, a co za tym idzie – aborcji, czy to wykonywanych w podziemiu, czy za granicą, a w skrajnym przypadku do horrorów typu kiszenie dzieci w beczkach (…no bo przecież można stosować „naturalne metody”…).

    => Kościołowi rzekomo chodzi o zmniejszenie zachorowalności na HIV w biednych krajach, ale zakaz stosowania prezerwatyw prowadzi faktycznie do zwiększenia odsetka populacji, zarażonej chorobami wenerycznymi (…no bo można nie uprawiać seksu przed ślubem, to takie proste, przecież zawsze można wziąć zimny prysznic…).

    => Rządom wielu państw zależy rzekomo na wyeliminowaniu narkotyków z rynku czy na leczeniu narkomanów, ale z uporem maniaka stosują przeciwskuteczne rozwiązania, polegające wrzucaniu wszystkich środków psychoaktywnych do jednego worka, kryminalizowaniu użytkowników na zasadzie „ćpuny do więzień” czy niechęci do leczenia substytucyjnego, a czasem nawet – jak parę lat temu na Ukrainie – do niechęci wobec programów typu wymiana igieł (…no bo po co uzależnionemu od heroiny metadon – może nie ćpać, to przecież takie proste, a niedzielny użytkownik trawki zawsze może kupić pół litra w sklepie…).

    => Greenpeace’owi podobno zależy na zmniejszeniu emisji CO2 do atmosfery, ale z zapałem forsują zamykanie elektrowni atomowych w Niemczech (bo z jakichś bliżej mi nieznanych powodów nie pasuje im to do ich dogmatycznego światopoglądu), co przełoży się – w taki czy inny sposób – na zwiększoną emisję tego gazu (…no bo przecież można pozakładać fermy wiatrowe, to takie proste…).

    Tak bywa, gdy ktoś żyje na księżycu i, kierując się dogmatyzmem, ignoruje rzeczywistość. Fanatyzm różnych zakutych głów jest nie tyle głupotą, ale wręcz zbrodnią, bo prowadzi do nie tylko absurdu, ale często też do tragedii.

  • Gość ver *.bg.us.edu.pl 19.01.2015Najzwyklejsze, funkcjonujące od lat w sprzedaży, tabletki antykoncepcyjne robią dokładnie to samo, co tabletka „dzień po”.

    Zwykłe tabletki antykoncepcyjne zawierające lewonorgestrel można wykorzystać również w antykoncepcji doraźnej (tzw. metoda Yuzpe).

    Mechanizm uniemożliwiający zagnieżdżenie jest możliwy także we wkładkach domacicznych (zarówno tych hormonalnych, jak i miedzianych). Czy i wkładki należy wycofać z rynku?

    Inna niekonsekwencja polskiego Kościoła. Zespół Ekspertów KEP stwierdził, że biorąc pigułkę „po” nie zaciąga się kary ekskomuniki jaka grozi za aborcję, ale ten sam zespół stwierdził, że w świetle polskiego prawa karnego mamy do czynienia z przestępstwem łamania ustawy antyaborcyjnej. Czyli prawo świeckie bardziej surowe niż kanoniczne?

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 19.01.2015Dodam, że wkładki są w największym stopniu na indeksie kościelnym, bo one w ogóle nie hamują owulacji, a wyłącznie działają antyimplantacyjnie. Zgodnie z logiką oszczędzania życia zarodków, rzeczywiście jest to metoda, która w największym stopniu te zarodki marnuje. Jednak Kościół nie żąda wycofania z rynku wkładek i nie krzyczy, że są niezgodne z ustawą antyaborcyjną. Wygląda na to, że wg Kościoła wystarczy aby środek był na receptę, a w magiczny sposób przestaje łamać prawo.

    Kościół zdaje się myśleć, że jeśli pomiędzy apteką a pacjentką jest jeszcze lekarz, to zawsze można oddziaływać na sumienie tego lekarza, aby odmawiał wypisywania recept. Więc tak naprawdę chodzi o utrudnianie, wszelkimi sposobami utrudnianie, i wszystkie chwyty są tu dozwolone.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 19.01.2015Oto „umiarkowanie liberalny” portal katolicki, prowadzony przez księży jezuitów:
    Piszą tu, że pigułka „dzień po” może powodować ciążę pozamaciczną.
    …Bo zarodek zagnieździł się tam, gdzie miał do tego warunki, czyli w jajowodzie, a nie w macicy, w której wyściółka była sztucznie zmniejszona przez działanie pigułki „dzień po”.

    Już to widzę, jak zarodek wpływa do macicy, rozgląda się, widzi, że nie ma warunków do zagnieżdżenia, więc cofa się do jajowodu.

    Tak ordynarne kłamstwa firmuje polski Kościół.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 19.01.2015Tu jest link do tego artykułu:
    www.deon.pl/wiadomosci/komentarze-opinie/art,784,pigulka-dzien-po-trutka-na-lemingi.html
    Wcześniej nie mogłam go wkleić ze względu na jakiś problem z filtrem antyspamowym.
  • Gość ver *.bg.us.edu.pl 19.01.2015I pojawia się inny mem: kobiety zażywające te tabletki będą klientkami klinik in vitro . Wiadomo więc kto za tym stoi…
  • Gość x *.free.aero2.net.pl 19.01.2015Anuszko, jeśli chodzi o „ordynarne kłamstwa firmowane przez polski Kościół”, to przynajmniej w przypadku podlinkowanego przez Ciebie tekstu podejrzewałbym raczej, że publicystka nie tyle kłamie, ile zwyczajnie nie rozumie, podobnie zresztą jak większość komentatorów. To wcale nie jest mniejszy problem: jeśli ktoś z powagą i troską na łamach prasy katolickiej czy podczas kazania (jednego takiego dane było mi wysłuchać podczas wczorajszej mszy) głosi kompletne bzdury, w które święcie wierzy, to dobre chęci nie zmniejszają szkodliwości bredzenia.

    Problem, jaki Kościół ma z nauką i argumentami naukowymi, nie dotyczy chyba – wbrew temu, co na ogół się podnosi – kwestii poznawczych. Głębiej leży ogólna ambiwalencja chrześcijaństwa wobec świata fizycznego i życia doczesnego. Oczywiście jest wielka tradycja wyjaśniająca tę ambiwalencję w kategoriach Upadku i Odkupienia, ale w praktycznym, codziennym zderzeniu z realiami zawsze powstaje napięcie – np. czy dobry katolik powinien jeść smaczne jedzenie, chwaląc tym dobroć Boga, który zesłał mu ten dar, czy raczej zważać na to, by przyjemność z jedzenia nie przerodziła się w grzeszną fascynację światem? Podczas wielkich świąt chrześcijańskich kładzie się akcent raczej to pierwsze, podczas postu – na drugie, a poza tym? Sądzę, że ta sama nieufność podminowuje stosunek Kościoła do zmian społecznych czy postępów nauki. Nie chodzi tylko o chęć utrzymania wpływów czy świadome utrzymywanie wiernych w ciemnocie (choć i tak niestety bywa), lecz raczej o zagubienie samych księży, hierarchów nie wyłączając, w kwestii tego, czy wolno nam zmieniać jakkolwiek sposób życia i czy wpływ na rzeczywistość motywowany ludzkimi chęciami i potrzebami jest z natury czymś dobrym (czyńcie ziemię sobie poddaną etc.), czy też raczej złym (jako arogancki sprzeciw wobec planów Bożych). Kościelny konserwatyzm w naszym wciąż przyspieszającym świecie może pełnić pożyteczną rolę, zmuszając do poważniejszego i dłuższego namysłu nad konsekwencjami zmian, a także zwracając uwagę na to, że postęp niekoniecznie zawsze niesie ludziom dobro. Natomiast bredzenie jest zawsze i nieodmiennie szkodliwe i naganne, a już zwłaszcza wtedy, gdy dopuszcza się go kapłan sprawujący liturgię, któremu nikt nie przerwie, by zmusić go do dyskusji.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 19.01.2015Tak, krótko mówiąc, chodzi o wystawianie cennika za przyjemność.
  • Gość x *.free.aero2.net.pl 19.01.2015Tak, krótko mówiąc, chodzi o wystawianie cennika za przyjemność.

    Tak, często to jest główny punkt programu. A czasem chodzi chyba też o frajdę z tego, że się innym mówi, jak mają się zachowywać.

    Ale oczywiście nie tylko o to chodzi, poważniejsze względy też często wchodzą w grę. Nie tylko chrześcijanie, i nie tylko osoby wierzące, zastanawiają się, czy dobre życie polega na maksymalizacji przyjemności, dochodząc przy tym do wniosku, że niekoniecznie. Kościół ma głęboki problem z określeniem swego stosunku do świata, próbując pogodzić słowa Jezusa o tym, że Królestwo Jego nie jest z tego świata, a także zawartą w wielu miejscach Biblii pochwałę wstrzemięźliwości, z uznaniem we wczesnych wiekach naszej ery koncepcji manichejskich (mówiąc skrótowo, bo chodzi tu raczej o różne nurty gnozy niż tylko o manicheizm w sensie ścisłym) za herezję. Nie żeby Biblia jakkolwiek implikowała tezy manichejskie, w wielu kwestiach wprost przeciwnie, choć gdzieniegdzie w późnych księgach Starego i w pewnych fragmentach Nowego Testamentu przezierają już zarówno tendencje „protognostyczne”, jak i polemiki z nimi. Ale spór głównego (obecnie) nurtu chrześcijaństwa z manicheizmem i innymi nurtami gnozy nie bez przyczyny ciągnął się tak długo, wygląda przecież na to, że w kwestii złej/dobrej natury świata (podobnie zresztą jak w pokrewnej kontrowersji dotyczącej natury Chrystusa, o co toczono boje m.in. z arianizmem i nestorianizmem) teksty biblijne po prostu są niezbyt spójne i umożliwiają nader różnorodne interpretacje.

    Ten mętlik nawet z perspektywy osoby niewierzącej nie powinien prowadzić do przekonania, że brak w tym dobrej woli lub sensu. W istocie zarzut niekonsekwencji trzeba w kwestiach etycznych traktować z ostrożnością, bo i rozważane pojęcia są zwykle nieostre, i ewolucyjne źródła odczuć moralnych przynajmniej w znacznej części są najprawdopodobniej przedrozumowe, instynktowne – nie ma więc chyba żadnego powodu, by dawały się bez istotnych modyfikacji rozwinąć w całkiem spójny, logicznie niesprzeczny system. A jak już modyfikujemy, to pojawia się w tym arbitralność, gra sił itd. Z perspektywy osoby wierzącej w to, że Biblia czy też prawo naturalne (rozumiane jako domniemany zestaw takich powszechnych wśród ludzi „pierwotnych intuicji moralnych”, przy czym istnienie takiego zestawu i jego treść budzą sporo wątpliwości) zawierają bezbłędny i nieodparcie jednoznaczny przekaz jakichś od Boga danych absolutnych norm moralnych, kłopot oczywiście jest. Ale chyba nikt z dzisiejszych chrześcijan, poza kompletnymi i bezmyślnymi fundamentalistami, nie upiera się jednocześnie przy bezbłędności i nieodpartej jednoznaczności tekstów biblijnych (koncept nieomylności Biblii podlegał od dawna zmianom). Ba, można się wręcz w Piśmie Świętym doczytać, że Duch Święty stopniowo będzie objawiać Kościołowi, co i jak, czego raczej nie można pogodzić z poczuciem osiągnięcia przez nauczanie kościelne całkowitej pewności i bezbłędności przed końcem świata. Po nim zaś nauczanie owo będzie już zbędne.

  • Gość zaz *.xdsl.centertel.pl 20.01.2015

    Jakiś czas temu czytałem opowieść o tym, jak przedstawiciele jakiejś firmy zbrojeniowej przyjechali z prezentacją swoich granatników do Polski. Na polskim poligonie przed grupą polskich wojskowych już mieli rozpocząć strzelania do tarcz, gdy wtem szef poligonu wziął kałacha i puścił kilka serii w powietrze. Pięć minut później zezwolił na strzelanie z granatnika. Zdziwionym gościom, którzy już a dziesiątkach poligonów całego świata strzelali i takiej procedury jeszcze nigdzie nie widzieli, wyjaśniono, że w ten sposób ratuje się życie ewentualnych grzybiarzy, którzy mimo ostrzeżeń, łażą po poligonowych lasach. Innostrańce w śmiech, bo w ich przekonaniu, skoro ktoś świadomie łazi po poligonie, to świadomie się naraża i nie warto się jego życiem przejmować. Tymczasem dla naszych było to normalne, że skoro za 30zł (tyle kosztuje pełny magazynek) można jakiemuś głupkowi życie uratować, to dlaczego by nie ? Zauważ „niekonsekwencję” tego postępowania, będącą zapewne konsekwencją oddziaływania na naszych żołnierzy „niekonsekwencji” w nauczania Kościoła – powinni dla ratowania grzybiarzy zapewne użyć psów, zasieków, helikopterów, termowizji … .

Wolność słowa – wartość absolutna? Czy może jednak nie?

Ten pierwszy filmik, który zalinkowałam, a potem skasowałam – nie napisałam, o czym on był. W jakimś odruchu wyparcia.

Dziewczyna z kałasznikowem, w białym zimowym uniformie. Gdzieś w polu, na skraju lasu. Na głowie ma bielusieńką, puszystą, futrzaną czapkę. Istna Śnieżynka. Mówi głosem jasnym i radosnym:

„Na radość ludziom, na śmierć wrogom – z Bożym narodzeniem, z Noworosją! Zwycięstwo będzie z nami!
A jeśli będziemy przegrywać – unicestwimy cały świat!”.

Wykonuje kolisty gest ręką.
Rozbrzmiewa tęskna, szarpiąca za serce muzyka i w jej takt powoli, powoli rozkwita – grzyb atomowy.

Niektóre kopie tego filmu już poznikały z youtube.
Akurat w ostatnich dniach dużo się mówi o wolności słowa. Wolność słowa jako wartość absolutna? Czy może jednak nie?
Czy wolność słowa przysługuje przemysłowi, który seryjnie produkuje truciznę dla mózgów, mieszankę sekciarskiej religii i polityki?
W youtube jest opcja: Więcej > Zgłoś film > Przemoc/treści budzące odrazę > Propagowanie terroryzmu.


Komentarze

  • red.grzeg 11.01.2015Załamać się można.
  • pfg 12.01.2015O wolności słowa mówi się ostatnio głównie w kontekscie ataku na redakcję Charlie Hebdo. No i rozsądni ludzie przyznają, że choć pisemko jest szmatławe, a rysunki obraźliwe, tego typu medium ma prawo istnieć i nic nie usprawiedliwia mordowania jego redaktorów. Ani nawet prewencyjnej cenzury w imię dobrych obyczajów czy pokoju społecznego. Niestety, tak samo jest z publikacjami jakichś oszalałych „separatystów” – nie ma podstaw, aby ich zakazać. Wolność słowa oznacza zgodę na głoszenie treści, z którymi się gęboko nie zgadzamy. Inna rzecz, że YouTube, będąca firmą prywatną, nie ma obowiązku ich publikować. Jeśli YouTube uzna, że filmik narusza jakieś ichnie zasady lub tylko może pogorszyć wizerunek firmy, może go usunäć. Terms and conditions apply. Autorzy mogą sobie wtedy poszukać innej platformy, która ich dzieła opublikuje. Ale sądownie zakazać publikacji chyba się nie da. No i dobrze, że się nie dla – nie dlatego, że popieram „separatystyczne” treści, ale dlatego, że jestem za prawem do głoszenia najróżniejszych treści, nawet tych paskudnych.

    Autorzy wszelkich publikowanych, wystawianych czy w inny sposób wstawionych do przestrzeni publicznej treści muszą się za to liczyć z potencjalnymi procesami *cywilnymi*, wytoczonymi przez osoby, które poczuły się znieważone. Wytoczenie takich procesów jest z kolei prawem tych osób.

    No i ja bym takich filmów nie linkował. Jak słusznie poprzednio zauważyłaś, to je tylko promuje, przydaje im znaczenia, wreszcie może przyczynić się do tego, że te niebezpieczne bzdury dotrą do kogoś, kto im uwierzy.

  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 12.01.2015To się tak ładnie teoretyzuje. Ale weźmy konkretny przykład: Państwa bałtyckie chcą (a może już to zrobiły?) wyłączyć na swoich terenach dostęp do rosyjskiej telewizji. Popierasz czy potępiasz?

    Dla mnie w takich właśnie konkretnych sytuacjach pojawia się problem. Bo okazuje się, że ludzie są głupi. I że jak im się puszcza telewizję z 3-letnim chłopczykiem ukrzyżowanym w Słowiańsku, to wierzą, że w Słowiańsku ukrzyżowano 3-letniego chłopczyka. A nawet chwytają za karabin i jadą tam strzelać do Ukraińców, bo wierzą, że bronią dzieci przed faszystowskim bestialstwem. Za chwilę uwierzą, że jakieś tam miasto na Łotwie jest tak naprawdę rosyjskie, więc chwycą za karabin i rozpętają wojnę na Łotwie.

    I co z tym zrobić?
    Wolność słowa vs. głupota z karabinem w ręku…?

  • red.grzeg 12.01.2015Cmos konkretne podał swego czasu przykład Drezdna, które było jedynym miastem bez zachodnioniemieckiej TV w NRD, było tam najwięcej wniosków o wyjazd na Zachód.
    nrdblog.cmosnet.eu/2009/07/zegnaj-nrd-2-droga-na-zachod-i-tv/
  • pfg 13.01.2015Ale co to znaczy „wyłączyć dostęp do rosyjskiej telewizji”? Prawnie zakazać jej oglądania i rozpowszechniania, zakłócać sygnał? Oczywiście jestem przeciw. Jednak jeśli chodzi o to, że państwowa (kontrolowana przez państwo) sieć przekaźników przestanie transmitować sygnał, ale ludzie będą mogli oglądać czy to z satelity, czy na kablu, czy w internecie, czy korzystając z jakichś przekaźników alternatywnych, to byłaby to autonomiczna decyzja tych państw. Być może głupia i przeciwskuteczna (daje lokalnym, Boże uchowaj, separatystom argument „Rosjanie są dyskryminowani”, nawet jeśli w tym wypadku argument jest wątpliwy), ale nie stanowiąca pogwałcenia wolności słowa.

    Mówiąc krótko, państwo może ograniczać wolność wypowiedzi w bardzo wąskim zakresie. Państwo w zasadzie nie może swoim obywatelom ograniczać wolności słuchania cudzych wypowiedzi. Ale stąd nie wynika wniosek, że państwo ma rozpowszechniać, ułatwiać rozpowszechnianie wszystkich wypowiedzi, w tym takich, które uważa za skrajnie niebezpieczne dla samego państwa.

    @red.grzeg – widać w Dreźnie RFN jawiła się jako owoc zakazany.

  • Gość szafir *.dynamic-ww-1.vectranet.pl 13.01.2015Mimo tego wszystkiego, dobrego Nowego Roku.
  • xyz123459 15.01.2015

    Rozróżnijmy dwie rzeczy: obraźliwe treści i nawoływanie do popełniania przestępstw czy terroryzmu. W pierwszym przypadku powinna zadziałać zasada: „nie chcesz – nie kupuj/ nie czytaj/ nie słuchaj / nie oglądaj”. Ja nikogo nie zmuszam do kupowania „NIE”, i choć można tam znaleźć treści zdecydowanie obraźliwe i wyjątkowo przekraczające granice dobrego smaku, nie zamykałbym tego pisma. Inaczej sprawa wygląda z pewnym reżyserem-dziennikarzem, który wzywał do rozstrzelania pracowników „Gazety Wyborczej” i TVN-u czy do zbrojenia się społeczeństwa przeciw okupantom z Wiejskiej – to już są treści niebezpieczne i tym powinien zająć się prokurator albo psychiatra.

    Jeśli telewizja rosyjska pochwala przemoc czy wzywa do nienawiści etnicznej, to Łotwa ma pełne prawo zakłócać sygnał. Jeśli tylko wylewa szambo – kto chce, niech to ogląda.

Ruś przed końcem świata

Jeszcze o ruskiej dziewoi, reklamującej tzw. „Noworosję” na youtube. Jest to rzeczniczka prasowa Striełkowa. Właśnie obejrzałam piękny, profesjonalny filmik, w którym ta pani wygłasza pochwałę stalinowskich czystek.

Tekst napisał kremlowski ideolog Dugin. Ruska dziewoja mówi więc, że poprzez czystki Stalin tylko przeciwdziałał biurokratycznemu zastojowi. I że Stalin, jak Iwan Groźny, uznał za konieczne wprowadzić terror państwowy, aby wdrażać misję duchową Rosji.

Ludzie produkujący te filmy to nie jest garstka niszowych, stukniętych hobbystów. To wszystko dzieje się za wiedzą, zgodą i inspiracją Kremla.

Strach. 

W innym filmie ta kobieta stoi na tle hipnotycznie wirujących fraktali i mówi:

„Ludzkość żyje tylko dlatego, że jest u niej wielki Projekt. Opłacony milionami żyć, krwią, niezmiernym cierpieniem za wybór drogi. Są tylko dwa bieguny. Oni i my. Oni – przeciw Projektowi. My – za Projektem. Przy czym – jakikolwiek by on nie był. Ważne, żeby był wielki i straszny. My – Rosjanie, wszyscy razem powinniśmy popierać Wielki Projekt. Ruś przed końcem świata weźmie na siebie całe brzemię ludzkiej historii.”

Leni Riefenstahl może za nimi statyw nosić

Mam teraz zgryza. Chyba wyszłam na pożytecznego idiotę.

Zalinkowałam na facebooku rosyjski filmik propagandowy z tzw. „Noworosji”. Zresztą znalazłam cały kanał na youtube z taką twórczością, gdzie ruskie dziewoje zagrzewają do walki. Co prawda udostępniłam ten filmik z komentarzem. Mój komentarz był to fragment „Kilera”, gdzie Siara mówi: „Mają rozmach, skurwysyny”. Komentarz niezrozumiały dla nie-Polaka.

I oto za chwilę – ktoś dał pierwszego lajka. Kto to taki? Patrzę, a to jeden pan z Moskwy. Wchodzę na jego profil – tam same rosyjskie nacjonalistyczne treści i… prywatne zdjęcia pewnej pani. Pani znajoma. Ona gra ruską dziewoję na tych jutubowych filmikach.

A więc twórcy obserwują rozprzestrzenianie się swoich filmów propagandowych. Pewnie teraz ucieszyli się, że zaraza rozsiała się na Polskę. Mojego komentarza albo nie zrozumieli albo wisi im.

Myślałam, że linkuję w celach poznawczych. Ale im o to właśnie chodzi. Im więcej linków, tym więcej możliwości ponownego udostępnienia. Jeden polski internauta skomentował potem całą historię: Idę o zakład, że to wszystko jest nadzorowane, a dane agregowane. Współczesna propaganda wykorzystuje te same metody co typowy marketing. Właśnie tak. Dlatego mój link to nie jest dla nich tylko jeden datapoint. Mój link może być linkowany dalej i dalej, oraz podbijać popularność filmu dla algorytmów wyszukujących i klasyfikujących gorące tematy. Więc na facebooku skasowałam, żeby nie nabijać ruchu łobuzom. Niestety popełniłam błąd i zalinkowałam to także w innym miejscu w internecie, gdzie usunąć mogę tylko poprzez prośbę do moderatora. Poprosiłam. Dla zasady. Mam nadzieję, że usunie.

Te filmiki to jest dokładnie to, o czym pisze Peter  Pomerantsev w najnowszym artykule w politico.com. Nie chodzi w nich o żadną informację. Przeciwnie, im więcej dezinformacji, tym łatwiej zdezorientować racjonalność i dotrzeć do pokładów emocjonalności. Pomerantsev porównuje to całkiem trafnie do technik psychomanipulacji, zwanych programowaniem neurolingwistycznym (NLP). Co prawda Tomasz Witkowski w bardzo ciekawej książce Zakazana psychologia dowodzi, że NLP nie działa. Ale mnie się coś tak zdaje, że owszem, nie działa jako całościowa doktryna, której uczą na drogaśnych kursach dla akwizytorów i menedżerów sprzedaży, natomiast pewne jej narzędzia działają, bo to jest eklektyczny zlepek metod. Czytałam kiedyś trochę o wersji NLP stosowanej na „kursach uwodzenia”. Są to zazwyczaj metody przaśne, ale jest w nich ziarno manipulacyjnej skuteczności: Na przykład urabianie partnerki poprzez wprawianie jej w zakłopotanie i dezorientację, aby potem – mini-syndrom sztokholmski – przedstawić siebie jako uwodzicielsko atrakcyjnego, któremu należy jeść z ręki. Albo wytwarzanie u partnerki pożądanego nastroju za pomocą opowieści, gdzie słowa muszą być nacechowane odpowiednimi znaczeniami.

I właśnie o uwodzenie chodzi w tych filmach. Nie o informację. Lecz o wytworzenie określonego nastroju emocjonalnego. Właściwie nie jest to wojna informacyjna, lecz wojna psychologiczna. Granie na emocjach. A Pomerantsev wie co pisze, bo sam jest Rosjaninem. Nie podam linków do tych filmów. Kto chce, sam znajdzie. I uwierzcie mi – nas, Polaków, te filmy też mogą zahipnotyzować. Swojskie i duszeszczypatielne. W końcu jesteśmy z tego samego kręgu kulturowego. Muzyka jest tam rzewna i dramatyczna. Piękne kobiety wypowiadają słowa proste, słowiańskie, nasze. O dobru i sprawiedliwości. Albo nawet nic nie mówią, tylko przemawiają gestem.

Kremlowscy spece wiedzą, co robią. Leni Riefenstahl może za nimi najwyżej statyw nosić.


Komentarze

  • pfg 06.01.2015Oj tam, oj tam. Kremlowscy spece na pewno studiowali klasykę filmów propagandowych. Uczniowie przerośli swoich mistrzów, coś takiego się w końcu zdarza, ale gdyby nie ci mistrzowie, uczniów by nie było.
  • Gość kravietz *.as13285.net 11.01.2015Działa… ale na kogo? Na fanatycznych zwolenników Noworosji jak najbardziej, ale oni zalajkują wszystko co pasuje do ich wizji. Ale jak pokazuje obecna sytuacja polityczna na świecie skuteczność tych technik w przekonywaniu do rosyjskiej wizji świata poza Rosją jest bliska zeru. A skuteczność w Rosji wynika wyłącznie z bardzo ograniczonego dostępu do informacji.
  • anuszka_ha3.agh.edu.pl 11.01.2015Co ty opowiadasz – ograniczonego? Rosyjskojęzyczny internet jest gigantyczny. I można tam znaleźć rzeczy zarówno pro-reżimowe, jak anty-reżimowe. Więc twórcom tej propagandy zależy na zdominowaniu najbardziej popularnych przekazów.