Jarosław Kaczyński: Opowieść odmrożeńca

Jak w „Cyberiadzie”: Na podwórko spadły dwa lodowe meteoryty. W każdym z nich zamrożona była osoba. Po odtajaniu obie osoby szeroko dały wyraz swoim poglądom, które spisane w książce Lema stanowią „Opowieść pierwszego odmrożeńca” i „Opowieść drugiego odmrożeńca”.

Czytam właśnie książkę „My” Torańskiej. Postanowiłam bowiem dowiedzieć się czegoś więcej o Jarosławie Kaczyńskim. Dziennikarka nagrywała swoje wywiady od 1990 do 1994 roku. Nie czytałam tego wcześniej. W latach 90. jakoś tak wychowywałam się na Tischnerach i Michnikach, a Kaczyńscy w ogóle nie docierali do mojej świadomości. Tym ciekawiej jest teraz przeczytać opowieść jednego z nich, przez pryzmat tego, czego dokonał później.

Odkryłam, że ten człowiek, niedawno rządząc Polską, zachowywał się tak, jakby zaraz po zakończeniu nagrań z Torańską udał się do komory hibernacyjnej, a odmrożony został dopiero w 2005 roku. Podczas swoich rządów zachowywał się tak samo i mówił słowo w słowo to samo, co w wywiadzie kilkanaście lat wcześniej… i kompletnie nie zwracając uwagi na zmianę dziejowych okoliczności.

Na początku lat 90. Jarosław Kaczyński też pragnął gruntownej dekomunizacji, demaskacji agentów, odpowiednio głośnych procesów dawnych przywódców. Lecz uzasadniał to całkiem inteligentnie: Skoro społeczeństwo ma cierpieć podczas przemian gospodarczych – jego zdaniem jak najbardziej potrzebnych – niechże przynajmniej ma na osłodę szlachetne igrzyska sprawiedliwości dziejowej.

– Z jednej więc strony – myśląc przyszłościowo – stworzyć należy duży ruch proreformatorski wokół prywatyzacji, co zrobił Klaus w Czechosłowacji, dając społeczeństwu nadzieje uczestnictwa w transformacji systemu i sukcesy materialne. A z drugiej strony, w ramach działań bieżących, trzeba temu społeczeństwu jak najszybciej i jak najwięcej dać w sferze moralnej, co jest możliwe, ponieważ istnieje szereg pozaekonomicznych przyczyn społecznej frustracji.(…)

Jednych więc wyrzucić, innych wystraszyć. Po to, by trochę uspokoić społeczeństwo. Pokazać mu, że dzieje się sprawiedliwość. By nie mogło mówić: przedtem działo się niesprawiedliwie i obecnie też jest niesprawiedliwie, demokracja niczego w tym zakresie nie zmieniła.

Lecz po co należało tak pilnować spokoju społecznego? Co zdaniem Kaczyńskiego Polsce groziło w przeciwnym wypadku?

– Och, dziewczyno, ty nic nie rozumiesz! Polska mogła zmienić swoją tragiczną geopolityczną determinację! Polska marnuje – być może na całe pokolenia – swoją szansę, jaka zdarzyła się jej po raz pierwszy od trzech wieków! Polską rządzi układ, którego dalsza dominacja skończy się zanikiem tego państwa, czy ty tego nie widzisz?!(…)

Pierwszym niebezpieczeństwem było to, że polskie reformy pod wpływem społecznych sprzeciwów w ogóle mogły się załamać. Nie przypuszczałem, iż grozi nam jakaś wielka eksplozja, która rozwali kraj, ale raczej niepokoje, których będzie bardzo dużo, coraz więcej: tu chłopi zablokują drogę, tam zastrajkują górnicy, gdzie indziej włókniarki, bo nie mają za co żyć, i pewnego dnia kurek rządowy z pieniędzmi zostanie odkręcony, a jak raz się odkręci – popłyniemy i znowu hiperinflacja, Argentyna i trzeba będzie zaczynać wszystko od początku.

Drugie niebezpieczeństwo upatrywałem w tym, że wprowadzane reformy nie doprowadzą do urynkowienia polskiej gospodarki, ale do latynizacji Polski. System rynkowy i związany z nim system demokratyczny mogą bowiem działać sprawnie wtedy, jeżeli stopień zakłóceń mechanizmów rynkowych jest stosunkowo niewielki, jeżeli układy pozamerytoryczne nałożone na ten system nie patologizują procesu pozytywnej selekcji ekonomicznej w sposób nadmierny. Bo jeśli patologizują, to może być jak w Ameryce Łacińskiej, gdzie teoretycznie jest gospodarka rynkowa, zabezpieczona systemem prawnym, ale naprawdę działa mechanizm, którego nieefektywność jest porównywalna z komunizmem.

Gospodarka jest regulowana w ogromnej mierze przez siatkę przeróżnych układów, wcale niekoniecznie władzy państwowej i w gruncie rzeczy nie ma konkurencji rynkowej, ale istnieje konkurencja tych układów. Uważałem, że nam to grozi, ponieważ z jednej strony wprowadzano rynkowy system gospodarczy, a z drugiej: działała dawna siatka zależności i przywilejów od najniższego szczebla począwszy – brygadzisty w fabryce, rozdzielającego robotę dla swoich kolesiów od wódki, z partii czy ORMO, na prezydencie kończąc i na dodatek układ ten w miarę upływu czasu się petryfikował. Należało go rozbić, a nie liczyć, że albo reguły rynkowe same z siebie go przebiją, albo zbankrutują wszystkie wielkie przedsiębiorstwa, co byłoby pewnym remedium, ale nieosiągalnym, bo wszystkie by przecież nie padły.

Kolejne niebezpieczeństwo ze strony dawnej nomenklatury widzieliśmy w zablokowaniu reform w sferze politycznej. Już wtedy – według mnie – istniała obawa, że w wyborach powszechnych, przy tym stopniu apatii społecznej i przy tej sile finansowej, którą reprezentowała socjaldemokracja postkomunistyczna, wygrają oni któreś kolejne wybory parlamentarne i znowu przejmą władzę polityczną.

Do 2005 roku stało się jasne, że mimo klęski planów Kaczyńskiego co do przejęcia władzy we wczesnych latach 90. żadna z tych złych wróżb się nie sprawdziła:

– Państwo polskie nie zanikło – i proszę, nie myślmy ahistorycznie! – Kaczyńskiemu w tamtych czasach bynajmniej nie chodziło Unię Europejską! On miał na myśli powrót komunizmu, ponowne zagarnięcie przez system sowiecki. Nic podobnego się nie stało. Polska została – o paradoksie! między innymi przez postkomunistów – wprowadzona do NATO i Unii Europejskiej.

– Nie było w Polsce hiperinflacji i dramatycznych masowych protestów.

– Gospodarka polska zupełnie przyzwoicie oparła się na wolnym rynku i nie jest w niej żadnym istotnym czynnikiem obecność byłych komunistycznych prominentów, którzy się nieuczciwie wzbogacili na transformacji. Wbrew obawom Jarosława Kaczyńskiego, reguły rynkowe właśnie „same z siebie przebiły” dawne układy.

– Postkomuniści nie zrobili skoku na system polityczny. W sposób demokratyczny przejmowali władzę i w sposób demokratyczny ją oddawali.

A zatem: Co miał na celu Jarosław Kaczyński w latach 2005-2007, robiąc te wszystkie szopki z czystkami w służbach specjalnych, z demaskowaniem kolejnych agentów? Przed jakimiż to Sowietami chciał chronić państwo? Przed jakimi komunistami? Przed jaką hiperinflacją? Przed jakim brakiem wolnego rynku? Jakież to, wreszcie, wstrząsające reformy przeprowadził, które potrzebowałyby maskowania tak intensywną socjotechniką?

Niczego takiego nie było. Środek stał się dla naszego odmrożeńca celem. Mój kolega Rysiu Z. bronił formacji Kaczyńskiego, twierdząc, że „im przynajmniej o coś chodzi”. Nieprawda. O nic już nie chodzi. Dolepianie zamiast słowa „Sowieci” słów „Unia Europejska” i „Niemcy”, zastąpienie słowa „komunistyczna nomenklatura” słowem „skorumpowani lekarze” – to jest tylko kosmetyka ad hoc. Jarosławowi Kaczyńskiemu nie chodzi już o nic. Tylko o zyskanie władzy, a w ramach tej władzy – o robienie maksymalnej rozróby.

A szkoda. Że mylił się w przewidywaniach, że ocenił postkomunistów jednak gorzej niż na to na koniec zasłużyli – to nie przekreśla bystrości umysłu Kaczyńskiego. Jego obserwacje zapisane w wywiadzie są doprawdy inteligentne. Ale coś mu się stało: Zamroził się, oderwał od rzeczywistości, zaczął żyć we własnym świecie. Zarodki tej choroby były już widoczne w wywiadzie dla Torańskiej. Lecz o tym napiszę następnym razem.

Czytaj część 2…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s